Niepornograficzny Grey – „Pięćdziesiąt twarzy Greya” (2015)


Nie będę ukrywał, że po raz pierwszy zdarzyło mi się przynależeć do grupy osób, która nie oglądając filmu, ani nie czytając książki, potrafiła otwarcie obie te rzeczy krytykować. Proszę Was, przez myśl mi nie przechodziło, że "Pięćdziesiąt twarzy Greya" może okazać się lekturą godną zachodu, a tym bardziej filmem, na który warto poświęcić swój cenny czas. I za swoje postępowanie zostałem odpowiednio, ale na szczęście bezboleśnie ukarany. Otóż, w zupełnym osamotnieniu muszę stwierdzić, że "Pięćdziesiąt twarzy Greya" mi się podobało - po prostu.

Anastasia Steele (Dakota Johnson) jest młodą studentką literatury, która przeprowadza wywiad z intrygującym Christianem Greyem (Jamie Dornan) - milionerem i przedsiębiorcą. Dziewczyna jest zafascynowana inteligentnym i przystojnym mężczyzną. Jednak gdy ich spotkanie dobiega końca, stara się o nim zapomnieć. Grey zjawia się jednak w sklepie, w którym dorywczo pracuje Anastasia i prosi o kolejne spotkanie. Studentka zgadza się - tym samym wkracza w niebezpieczny świat pożądania, erotyki i głęboko skrywanych pragnień. (opis dystrybutora)

Już dawno nie było mi dane zobaczyć tak bardzo banalnego filmu, często przerażającego swoją głupotą i wprowadzającego w stan zażenowania niechwytliwymi żartami. Bo mimo mojej całej sympatii, o której rozpiszę się za chwilę, "Pięćdziesiąt twarzy Greya" to film po prostu pusty - wyzuty z emocji i pozbawiony melodramatycznej nuty. A pomimo tego wciąż cholernie angażujący. Miłości w tym melodramacie nie zbyt wiele, ale to wciąż historia właśnie o niej - niestety nieodwzajemnionej przez mężczyznę, który skrywa w sobie, nie oszukujmy się, swoje chore fobie i brutalne fantazje, spełniając nimi swoje pragnienia. Jakby nie patrzeć - "Pięćdziesiąt twarzy Greya" nie było kreowane na kinowy film pornograficzny, a właśnie obraz o fizycznej miłości. Mit unoszący się pośród opinii publicznej, że idąc na "Pięćdziesiąt twarzy Greya" idzie się obejrzeć "pornos" to dla filmu najlepsza reklama, ale również określenie, które ten film zabiło jeszcze przed jego premierą. Słowa zawodu, że film jest zbyt grzeczny i przepełniony zasłoniętą nagością, płynęły z każdej strony. Może jest to kwestia tego, że nie czytałem książki, ale w moim prywatnym odczuciu sceny miłosne ukazane w filmie nie miały na celu szokować, a raczej stanowiły dopełnienie wątku miłosnego, w którym fizyczność odgrywa większą rolę od uczucia, oraz charakteru głównego bohatera, którego pragnienia i wyobrażenia na temat seksualności ukształtowały wydarzenia z jego szarej przeszłości.


Dwójce głównych bohaterów choć brakuje charyzmy, wspólnie stworzyli całkiem zgrabny duet, pomiędzy którym czuć chemię i pewne oddziaływanie. Anastasia to taka trochę szara myszka, czasami zaskakująca swoją nieinteligencją i niezdarnością. Jej nieśmiałość i swego rodzaju niewinność intryguje nie tylko samego Greya, ale również widzów, mimo że to przede wszystkim ona jest źródłem zażenowania płynącego z filmu. Jamie Dornan w roli Christiana choć trochę zbyt chłopięcy, to wciąż nieprzewidywalny i intrygujący facet, który z każdą kolejną minutą coraz bardziej uwodzi główną bohaterkę, a jego niedostępność i nietykalność wzbudza w Anastasii wzrastające pożądanie.

"Pięćdziesiąt twarzy Greya" najwięcej zawdzięcza jednak samej realizacji, z której naprzód wysuwa się pociągający soundtrack. "Crazy In Love" i "Haunted" Beyonce specjalnie remiksowane na potrzeby filmu, "Earned It" The Weeknd, "Love Me Like You Do" brytyjskiej wokalistki Ellie Goulding czy "I Know You" w wykonaniu Skylar Grey to tylko niektóre spośród szesnastu świetnych i wręcz idealnie współgrających ze sobą utworów. To one od pierwszych sekund angażują nas w historię i być może to właśnie dzięki nim "Pięćdziesiąt twarzy Greya" okazuje się być filmem bezbolesnym.

Zdaje sobie sprawę, co teraz możecie o mnie myśleć, ale nie potrafię się wyprzeć tego, że "Pięćdziesiąt twarzy Greya" mi się podobało. Owszem, to jest wciąż nieambitny i prostu film, ale w bardzo dużym stopniu angażujący i stanowiący nieprzeciętną rozrywkę. Z jednej strony dostrzegam wady tej historii, jednak z drugiej czuję do niej niewyjaśnioną dotąd sympatię. A dla osób, które myślały, że "Pięćdziesiąt twarzy Greya" to film pornograficzny radzę obejrzeć coś innego, niekoniecznie w kinie, a raczej w domowym zaciszu.


Komentarze