Zagubiony Gosling? – „Lost River” (2014)


Po ubiegłorocznej premierze "Lost River" na festiwalu w Cannes, jak grom z jasnego nieba na Ryana Goslinga spadły mocne słowa krytyki. Śmiem podejrzewać, że w tym przypadku, debiutujący jako reżyser, aktor wolałby się spotkać z przysłowiowym gromem, niż dowiedzieć się, że swoje własne dziecko pierworodne to nie tylko totalnie beznadziejny film, ale jak to określili niektórzy krytycy, największy możliwy bałagan i worek na śmieci pełen obrazków. I choć rozumiem co chcieli przez te słowa wyrazić krytycy, mimo wszystko stanę w obronie Goslinga i jego "Lost River", który nie tylko zahipnotyzował mnie obrazami, ale opowiedział nimi swoją historię.

Detroit. Przeklęte miejsce, w którym jedni próbują przetrwać, inni oddają się perwersyjnym fantazjom. Okolicą rządzi Bully, który obcina wargi nożyczkami każdemu, kto mu się sprzeciwi. W domu na przedmieściach katatoniczna staruszka Belladonna zawiesza się w świecie swoich wspomnień. W centrum miasta wyuzdany bankier Dave aranżuje krwawe przedstawienia w nocnym klubie, do którego ściągają tłumy. Zmysłowa Billy spełnia jego psychopatyczne zachcianki, by nie stracić dachu nad głową. Jej starszy syn – Bones pomaga matce, zbierając złom, czym naraża się Bully'emu. Rozumie go tylko Rat – dziewczyna z sąsiedztwa ze szczurem w rękawie. Razem snują się po okolicy. Tylko ona wie, jak to wszystko się zaczęło i jak to wszystko zakończyć. (opis dystrybutora)

Brzmi chaotycznie? Trudno się nie zgodzić. Gosling w swoim debiucie spycha treść na dalszy tor i skupia się głównie na powalającej formie. Swoją historię opowiada niesamowitymi obrazami, niejednokrotnie intrygując i hipnotyzując widza. W każdym kadrze objawia swoją inspirację twórczością Refna, z którym jeszcze nie tak dawno współpracował przy "Drive" i "Tylko Bóg wybacza". Spośród nich szczególnie ten drugi miał ogromny wpływ na formę "Lost River". Tematycznie jednak bliżej mu do filmu "Skrawki" w reżyserii Harmony'ego Korine'a, który podobnie jak debiut Goslinga, przedstawia środowisko biedne i zrujnowane. Debiutant poszedł jednak w swoich rozważaniach trochę dalej i zobrazował Detroit jako miasto kłaniające się ku apokalipsie, która zbliża się do niego wielkimi krokami. To nie tylko obraz biedy, ale również utraty człowieczeństwa. Billy, jej synowie oraz ukochana Bonesa wydają się być ostatnimi ludźmi, w których pozostało cokolwiek z człowieka. Gosling obrazuje bezwzględność, sadystyczne fantazje i generalnie strach ludzi przed jutrem, o ile ono w ogóle nastąpi.

Debiutant dobrze radzi sobie z kreowanym przez siebie klimatem. Często szarżuje, momentalnie przechodząc ze skrajności w skrajność. Od groteski, idzie przez swego rodzaju przerażenie, kończąc na romantyczności, dla której również Gosling znalazł miejsce w tym apokaliptycznym i zrujnowanym miejscu. Duża w tym zasługa muzyki, która ubarwiła "Lost River" do granic możliwości, przy okazji kreując moment wykonania przez Saoirse Ronan piosenki "Tell me" na najbardziej magiczną scenę w filmie. Ryan Gosling triumfuje zdecydowanie od strony wizualnej i technicznej. Choć przez niecałe dwie godziny obserwujemy na ekranie przerost formy nad treścią, to stylowe zdjęcia i wspaniała praca kamery rekompensują fabularne braki. I co najlepsze, mimo że od "Lost River" ciężko oderwać wzrok, debiut Goslinga nie pozostawia po sobie wrażenia przekombinowania.

Nie, to nie jest debiut, który powalił mnie na kolana. "Lost River" w morzu zalet ma też parę wad - Gosling jeszcze nie do końca opanował umiejętność prowadzenia aktorów, którzy mimo dobrych momentów, czasami gubią się w swoich pomysłach, a z filmu broni się co najwyżej jedynie przekonująca Saoirse Ronan. Brakuje też czasami spójności, a Gosling plącze się we własnych zamiarach, co choć nie skazuje "Lost River" na zupełną porażkę, to mimo wszystko momentami przeszkadza. Nie jest to niestety debiut na miarę "Zabiłem moją matkę" czy chociażby polskiego fenomenalnego "Hardkora Disko", ale to wciąż dobry film, który elektryzuje i obrazami wzbudza mnóstwo skrajnych odczuć.

Komentarze