Grammy x4 – „In the Lonely Hour”


Sam Smith to bezsprzecznie największe muzyczne odkrycie ubiegłego roku - debiut, jakiego od wielu lat nie było. Takich utworów jak "Stay With Me" (oj, posypały się za tę piosenkę Grammy) oraz "I'm Not the Only One" nie trzeba przedstawiać chyba nikomu. Bardzo popularne, komercyjnie wręcz zgwałcone przez radia, utwory stanowią znak rozpoznawczy debiutanckiego albumu Brytyjczyka, ale i pewną zapowiedź tego, co możemy się po nim spodziewać. Smith prywatnie to podobno bardzo skromny i niezwykle prawdziwy człowiek. Idealnym odzwierciedleniem jego osobowości wydaje się być jego debiutancki album "In the Lonely Hour", którego fenomen tkwi właśnie w jego autentyczności.

Skromność tego albumu tkwi jednak jedynie w jego formie. "In the Lonely Hour" to przede wszystkim bogaty w emocje kawał muzyki, przy której tworzeniu, Smith inspirował się wydarzeniami ze swojego życia. Debiut Brytyjczyka przepełniony jest melancholijnym i niewiarygodnie ujmującym klimatem. To zbiór kilkunastu świetnie napisanych i wyprodukowanych ballad, które poruszają najtwardsze serca do szybszego bicia. Smith nie unika na swoim albumie słabszych momentów, ale w perfekcyjny sposób je kamufluje za pomocą emocji. Sam album zaczyna się jednak bardzo niespodziewanie. "Money on my mind" to nie tylko wyróżniająca się klimatem, na tle pozostałych, piosenka, ale również podejmująca temat niezwykłej miłości - miłości do muzyki. Smith zaznacza w niej, że nie będzie marionetką, a muzykę tworzy jedynie z czystego uczucia do niej. W prawdziwy klimat "In the Lonely Hour" wprowadza nas, w dodatku bardzo powoli, niezwykle intrygujące "Good Thing", które rozpoczyna się jako klasyczna ballada, by później ewoluować w gitarową emocjonalną bombę ubogaconą o bardzo chwytliwy bit. Prawdziwą stronę debiutu Smitha odkrywa przed nami jednak dopiero "Stay With Me", nagrodzone Grammy w kategorii najlepszy utwór i nagranie. I ku zdziwieniu wszystkich powiem, że choć jest to kapitalny utwór, nie jest to numer jeden z "In the Lonely Hour".


Obiektywnym numerem jeden całej płyty wydaje się być "Leave Your Lover", które choć zostało wydane jako singiel promujący płytę, nie odniosło takiego sukcesu, jak dwa utwory, o których wspominałem we wstępie. I cóż, takiego sukcesu też odnieść nie miało, choć bez dwóch zdań na takowy zasługiwało. "Leave Your Lover" można traktować jako bardzo osobistą piosenkę Smitha, ponieważ - podobnie jak cała płyta - powstał on po rozstaniu artysty ze swoim ówczesnym partnerem. I również do miłości homoseksualnej nawiązuje teledysk Smitha, chociaż piosenkę samą w sobie można traktować w sposób bardziej uniwersalny. W moim odczuciu jest to prawdziwa perła na tym albumie, która wręcz poraża emocjonalnością, porywa, wzrusza i w pewnym sensie jest łamaczem serc, bo zamiast w "porozstaniowych depresjach" pomagać - jeszcze bardziej dobija! Wzruszenie po "Leave Your Lover" potęguje fenomenalne "I'm Not the Only One", które w całości opowiada o rozczarowaniu związkiem, drugim człowiekiem, z którym dzieliło się swoje życie oraz o ukrywanej, ale w związku bardzo boleśnie odczuwanej zdradzie. Piosenka doczekała się również znakomitego i bardzo wymownego teledysku, który bez wątpienia umiejscowiłbym w czołówce najlepszych teledysków ubiegłego roku. Odpowiedzią na zdradę, wydaje się być tęsknota za drugim człowiekiem, którą Smith niebezpośrednio opisuje w utworze "I've Told You Now", by później w bardzo ciekawym "Like I Can" zapewniać swojego ukochanego, że nikt nie pokocha go tak jak on. 

I w zasadzie, gdyby w ten sposób zakończyła się płyta Smitha, uznałbym "In the Lonely Hour" za jeden z najlepszych krążków, jakie kiedykolwiek miałem okazję usłyszeć. Teraz jednak nadszedł czas, by przejść do tej teoretycznie słabszej, ale wciąż całkiem dobrej części albumu. Początek gorszej passy zapowiada "Life Support", które choć wspaniale rozbrzmiewa razem z delikatnym głosem Smitha, pomimo że świetnie uzupełnia całość albumu, po kilku pojedynczych przesłuchaniach, staje się po prostu utworem dość nudnym. Następne "Not In That Way" to klasyczna ballada, w której Smith uzewnętrznia swoje walory głosowe i choć piosenka chwyta swoimi emocjami, nie jest w stanie dorównać poprzednikom (a w szczególności "Leave Your Lover"). Pomiędzy słabszymi utworami, znajduje się niesamowite "Lay Me Down", które odniosło zaskakująco duży komercyjny sukces (pojawiając się w pierwszej dziesiątce amerykańskiego Billboardu) i doczekało się wzbudzającego niemałe kontrowersje teledysku (chociaż wciąż nie wiem, dlaczego mówi się o nim "odważny" i "kontrowersyjny"), przedstawiający Sama Smitha wraz z innym mężczyzną na ślubnym kobiercu. Zamykający wersję podstawową płyty, "Restart" jest swego rodzaju pogodzeniem się z rozstaniem i zamknięciem pewnego rozdziału w życiu artysty, a przy okazji całkiem niezłym uwieńczeniem całego krążka.


Warto przyjrzeć się również rozszerzonej wersji, na której znalazła się akustyczna wersja "Latch" w oryginale wydanego z duetem Disclosure, "La La La" nagrane we współpracy z Naughty Boyem i jedyna propozycja od samego Smitha -  piekielnie dobre "Make It to Me". Szkoda jednak, że tak utalentowany artysta ma tyle samo fanów, co i swoich przeciwników. O ile można zrozumieć brak przekonania niektórych odbiorców i nieumiejętność osobistego odebrania jego utworów, o tyle nazywanie tej płyty "gejowskim bełkotem" wydaje się być grubą przesadą. "In the Lonely Hour" to album specyficzny, którego klimat trzeba poczuć od pierwszej nuty. Ci, którym się to nie uda, po prostu uznają go za nudny i nie warty uwagi. Osobiście odnalazłem w twórczości Smitha coś dla siebie i to "coś" wydaje się być naprawdę spore i zaskakująco intensywne. Wsłuchując się w muzykę Smitha, przeżywam ją całym sobą, a bardzo charakterystyczny głos artysty pieści wszystkie moje zmysły. Zbliżają się jesienne ciche wieczory, najprawdopodobniej też samotne (#singiel) - "In the Lonely Hour" wydaje się idealnym wyjściem na ponure wieczorne zamuły.

Komentarze