Hannibal Dolan – „Pieśń słonia” (2014)


W zasadzie, kiedy twórcy zamykają fabułę swojego filmu w szpitalu psychiatrycznym, warto liczyć na coś intrygującego i zajmującego, nie tylko podczas seansu, ale też tuż po nim. "Pieśń słonia" to w dodatku zamknięty w jednym pokoju dialog pomiędzy lekarzem i jego pacjentem. Pomimo lekko teatralnej formy, twórcom udało się wyciągnąć z tej historii znacznie więcej, niż wszelkie początkowe zarysy fabuły mogły na to wskazywać. Kanadyjski dramat to przede wszystkim fascynująca rozgrywka pomiędzy pacjentem a lekarzem, w której w zasadzie nie wiemy komu możemy zaufać, bo tego zaufania nie wzbudza ani jeden, ani drugi z bohaterów.

Michael (Xavier Dolan) zabił swoją matkę, słynną śpiewaczkę operową. Wyrokiem sądu został zamknięty w szpitalu psychiatrycznym. Jest tam już ponad 5 lat. Nagle w niejasnych okolicznościach znika doktor Lawrence, który prowadził jego terapię. Dyrektor szpitala, doktor Green, postanawia przesłuchać Michaela. Ten zgadza się na współpracę, ale na własnych warunkach. Odkrywając kolejne sekrety wciąga doktora Greena w przebiegłą grę. (opis dystrybutora)
"Pieśń słonia" to w zasadzie teatr jednego aktora. Ostatnim razem, kiedy oglądałem Xaviera Dolana występującego w niewyreżyserowanym przez siebie filmie, a był to wyświetlany na Warszawskim Festiwalu Filmowym kanadyjski "Cud", miałem co do niego mieszane uczucia. I choć na każdy film jakkolwiek związany z Dolanem czekam z ogromną niecierpliwością (#dolanoholik), to tym razem miałem jednak małe opory, czy aby jego występ nie będzie kolejnym małym zawodem. Nie ukrywam, że wciąż wolę Xaviera za kamerą, tworzącego takie perełki jak chociażby mój najukochańszy "Na zawsze Laurence". Lecz w przypadku "Pieśni słonia" nie powiem również, że nie lubię oglądać Dolana przed kamerą, bo w przypadku filmu Charlesa Biname, to właśnie "dziecko światowego kina" (a właściwie już nie takie dziecko) jest napędem tego filmu. Kiedy patrzyłem na Michaela i wcielającego się w niego Dolana, autentycznie widziałem młodszą, jeszcze nie tak bardzo doświadczoną w swoich grach, kultową postać Hannibala Lectera z oscarowego "Milczenia owiec". Zdaje sobie sprawę, że to może zbyt odważne porównanie, ale w kreacji Dolana i w związku z tym również w postaci Michaela widać niewiarygodnie kuszącą tajemniczość, niemożność odróżnienia tego, co jest prawdą a co kłamstwem. Jeszcze przez kilka dni po premierowym seansie byłem zafascynowany głównym bohaterem, a w mojej głowie wciąż budowały się sceny i rozbrzmiewały cytaty, które w trakcie oglądania przyprawiały o delikatną gęsią skórkę.


Generalnie "Pieśń słonia" nie jest filmem idealnym, ale poprzez dwójkę głównych bohaterów wystarczająco zastanawiającym i zajmującym, by jeszcze po seansie analizować grę pomiędzy Michaelem i Dr Greenem. W filmie Biname irytują przede wszystkim wątki poboczne, dotyczące chociażby rodziny doktora. Więcej mroczności historii dałoby całkowite zamknięcie bohaterów w szpitalu psychiatrycznym, co nadałoby całemu filmowi więcej klaustrofobicznego klimatu. Niemniej "Pieśń słonia" i tak niejednokrotnie poddusza widza. Od pierwszych minut pochłania, a gra, w którą w pewien sposób się angażujemy, w pewnych momentach wręcz podnieca i ekscytuje, a widz chce jej jeszcze więcej.

Kiedy w głowie rozmyślałem i wciąż układałem sobie "Pieśń słonia" w jedną spójną całość, doszedłem do trafionej, ale nie do końca korzystnej dla filmu refleksji. Gdyby na pierwszym planie zabrakło tak bardzo fascynującego i porywającego swoim występem Dolana, jakim filmem byłaby "Pieśń słonia"? Jeżeli zabrakłoby godnego następcy dla młodego Kanadyjczyka, to byłby to na pewno film mdły i ciężkostrawny. Pozbawiony fascynującej gry, w której odkrywamy kolejne karty i do samego końca śledzimy ją z niemalejącym zaangażowaniem. "Pieśń słonia" byłaby po prostu filmem dużo gorszym, nie mówiąc nawet, że po prostu słabym. Jeżeli ktoś nie zostanie porwany przez któregokolwiek z głównych bohaterów (a przy stłumionym lekarzu, musi nim być Michael), "Pieśń słonia" okaże się nudnym dialogiem dwóch mężczyzn, w skutkach nie prowadzącym do niczego. Także widzicie? Jest pewne ryzyko. Ja dałem się porwać, stąd taka, a nie inna ocena.




foto: hollywoodreporter.com | filmweb.pl

Komentarze