Kobieta piękna i niezależna – „Z dala od zgiełku” (2015)


Czego powinno się wymagać od melodramatów kostiumowych? W warstwie fabularnej raczej niczego nadzwyczajnego, ale każdego z nas powinny kupić emocje płynące właśnie z historii. Z najnowszym filmem Thomasa Vinterberga ("Polowanie", "Festen") - "Z dala od zgiełku" - wiązałem jednak trochę większe oczekiwania. Wreszcie to reżyser najwyższej klasy, który swoim ostatnim filmem zmiótł wielu z powierzchni Ziemi. Szkoda, że to film ładny i w zasadzie tylko ładny, bo zarówno w kwestii emocji, aktorstwa i samej w sobie historii, nie jest niczym konkretnym, tylko takim nijakim "lelum polelum".

Anglia, połowa XIX stulecia. Młoda i piękna Bathsheba Everdene dziedziczy wielką farmę, postanawia walczyć o jej utrzymanie i swą niezależność w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Trzech z nich rywalizuje o jej względy, co prowadzi do nieuchronnego konfliktu. (opis dystrybutora)

Bathsheba Everdene, główna bohaterka filmu "Z dala od zgiełku", to kobieta niezależna, która radzi sobie w życiu sama i nie potrzebuje pomocy żadnego mężczyzny. Bawi się ich uczuciami, odrzuca ich oświadczyny, a Ci mimo wszystko lgną do niej, jakby była jedyną kobietą na świecie. Bathsheba to taki rodzący się obraz kobiety, która próbuje wydostać się spod rządów dominujących mężczyzn i kierować swoim życiem bez względu na nikogo (dziewiętnastowieczna feministka?). Niejednokrotnie się łamie, niestety momentami daje się zdominować przez mężczyzn, ale wciąż przemawia przez nią determinacja. Choć sam opis bohaterki brzmi dość ciekawie, to niestety w filmowej adaptacji wypada dość nieprzekonująco. Mimo że wykreowaniem tej postaci zajęła się świetna aktorka, jaką bezsprzecznie jest Carey Mulligan, to wydaje się jakby nie udźwignęła siły, jaką być może posiadała w sobie główna bohaterka, zaliczając przy okazji swój najsłabszy występ w dotychczasowej karierze.


Problem z główną bohaterką odbija się również na całym filmie, a "Z dala od zgiełku" staje się równie nieprzekonujący jak Batsheba Everdene. Nie można mu odmówić świetnego odwzorowania i odczuwalnego klimatu dziewiętnastowiecznej Anglii, ale niestety czasami to zbyt mało, by zaintrygować widza i umożliwić mu bezboleśnie przejść przez film. W najnowszym obrazie Vinterberga bolało mnie najbardziej wielkie rozczarowanie, jakie towarzyszyło mi przez prawie cały seans. Kiczowatość niektórych scen wręcz uderzała mnie po oczach i choć często kicz działa na korzyść filmu, tutaj zabrakło odpowiedniego smaku. Nie udzieliła mi się chemia pomiędzy bohaterami (choć tej tutaj jak na lekarstwo i gdyby nie Matthias Schoeanerts nie byłoby jej w ogóle). Ani się nie wzruszyłem, ani nie poczułem się zaintrygowany. Po prostu bez większego zajęcia i zaangażowania śledziłem tę historię do końca. Thomasa Vinterberga i jego "Z dala od zgiełku" od małej klapy ratują piękne krajobrazy, cudowne wnętrza i cała warstwa wizualna filmu, za którą bezsprzecznie twórcy mogą liczyć na niejedną nominację do przyszłorocznych Oscarów.


Komentarze