Ćwierćwiecze Adele – recenzja płyty „25”


Nowa płyta Adele to bezsprzecznie najbardziej oczekiwany powrót tego roku. Po ostatnim albumie "21", z którego pochodzą takie utwory jak chociażby wyróżnione trzema nagrodami Grammy "Rolling in the Deep", Adele kazała czekać na siebie i swoje nowe kompozycje ponad cztery lata, zsuwając się na ten czas w cień pozostałych artystów. Na rynku muzycznym w tym czasie trochę się zmieniło. Na szczycie pojawiła się młodziutka Taylor Swift. Odbiorcy masowi odsunęli się od bezczelnych wizerunków artystów (chociażby Lady Gaga), kierując się bardziej w stronę uroczych i delikatnych wokalistek. Natomiast Adele pozostała taka sama - dojrzała i pewna tego co robi. "Hello" momentalnie zmiotło z pierwszych miejsc wszystkie dotychczasowe przeboje, stając się automatycznie pretendentem do tytułu najlepszej piosenki roku. Jak jest z płytą "25", z którego pochodzi ostatni singiel Adele? Dobrze, ale nie doskonale.

Nie ulega wątpliwości, że "Hello" to najlepsza piosenka na płycie, która nie tyle co powtórzyła sukces komercyjny takich hitów jak "Rolling In the Deep" czy "Someone Like You", ale okazuje się być przede wszystkim najlepszym singlem w karierze wokalistki. Debiut na szczycie prestiżowego Billboardu czy rekordy na internetowej platformie muzycznej VEVO (najwięcej odtworzeń w ciągu doby w historii oraz zdobycie stu milionów wyświetleń teledysku w niespełna cztery dni), to tylko niektóre z wciąż przybywających wyróżnień na koncie ballady Adele. Dodając do tego znakomity i klimatyczny teledysk Xaviera Dolana, powstała niesamowita perełka, która zawładnie muzycznymi podsumowaniami roku. "Hello" ma w sobie moc, a emocje skrajnie przeszywają nawet przypadkowego słuchacza. Adele brzmi w nim jak najwyższej klasy artystka, której ulegają największe divy światowej sceny. Gdyby jej trzeci album utrzymał nawet w porównywalnym stopniu poziom promującego go singla, "25" byłoby podejrzewam najlepszą płytą tego roku - bezkonkurencyjną i w swoim gatunku poniekąd wirtuozerską. Tak niestety się nie stało, a Adele na swoim najnowszym albumie próbuje sięgnąć po "coś nowego" i choć samej płycie nowości wcale nie szkodzą, to Adele mimo próby lekkiej zmiany wizerunku i pójścia w innym kierunku muzycznym, po raz trzeci zamyka się praktycznie w samych patetycznych balladach.


"Coś nowego" wokalistka objawia nam już w przypadku swojej drugiej piosenki z "25". Jakkolwiek zaskakująco by to nie zabrzmiało, "Send My Love (To Your New Lover)" to chyba ostatnia rzecz, której spodziewałbym się na albumie Adele. Piosenka w stylu Katy Perry czy triumfującej ostatnio Taylor Swift, która pojawia się gdzieś pomiędzy spokojnymi tonami charakterystycznymi dla artystki, wyróżnia się nie tylko swoją chwytliwością, ale i wyjątkową lekkością. "Send My Love" to największe zaskoczenie "25", a sama Adele w tym utworze, co najmniej klimatycznie, pozwala sobie odejść od swojej dojrzałości i udowadnia wszystkim, że równie dobrze czuje się w znacznie weselszym repertuarze. Kolejne "I Miss You" to najdłuższa kompozycja na płycie, w której niesamowita atmosfera buduje się od pierwszych sekund, by później przenieść nas w miażdżący soulowy klimat. Gdyby nie perfekcyjne "Hello", to właśnie "I Miss You" otrzymałoby tytuł najlepszej piosenki z ostatniego wydawnictwa brytyjskiej wokalistki. Adele czaruje w nim swoim głosem i powala porywającym feelingiem, robiąc nam przy okazji apetyt na coraz więcej, kiedy my zaczniemy dostawać niestety coraz mniej. 

"When We Were Young" to druga piosenka opublikowana przez Adele jeszcze przed premierą płyty, a przy okazji piękna ballada o miłości, w której Brytyjka pokazuje się wokalnie od najlepszej strony, w niektórych momentach osiągając powalające rejestry. Jest to właściwie ostatnia piosenka na "25" robiąca równie ogromne wrażenie, kupując przy okazji słuchacza swoim pięknem i wzbudzając w nim rosnące z każdą sekundą poruszenie. Pierwsze zgrzyty pojawiają się przy okazji kolejnego "Remady", które choć przekonuje swoim chwytliwym refrenem, to pozostawia wrażenie lekko zawodzącej prostoty i w zasadzie typowości dla Adele. Znacznie lepiej prezentuje się "Water Under the Bridge", przywołując na myśl ambitniejszy pop, ubogacony jednak o mocny i niepowtarzalny głos artystki. Jest to druga piosenka, obok "Send My Love", w której Adele postawiła na lżejsze brzmienie i również po raz drugi płycie "25" wychodzi to na dobre, wprowadzając skromny, ale bardzo odczuwalny powiew świeżości.


Druga część płyty, czyli pozostałe pięć piosenek z "25" (właściwie z jednym wyjątkiem), pokrzyżowały plany Adele, by jej trzeci album okazał się najlepszym albumem tego roku. "River Lea" choć chwyta muzycznie, to w połączeniu z głosem Adele i chórem, pojawiającym się w tle refrenu, staje się zbyt patetyczne, zabijając z każdą sekundą swój całkiem niezły klimat. "Love in the Dark" to prosta ballada na pianinie, w przypadku której prostota nie działa niestety na jej korzyść. Po takim początku, "Love in the Dark" brzmi co najwyżej jak próba kolejnego pochwalenia się swoimi walorami głosowymi, i choć zwrotki brzmią dość ciekawie, refren powoduje pewien zgrzyt, przekreślając tym samym prawie cały utwór. W gitarowym "Milion Years Ago" Adele brzmi naprawdę rasowo, a skromna w środkach wyrazu ballada przekonuje nas do siebie intymnością, stając się nie tylko wyjątkiem, o którym wspominałem chwilę wcześniej, ale przede wszystkim zdecydowanie najbardziej emocjonalną piosenką na albumie. Kolejne "All I Ask", podobnie do "Love in the Dark", brzmi jak prezentacja walorów głosowych w słabo napisanej balladzie, która nawet nie ma szansy spróbować dorównać najlepszym utworom z "25". Zamykające trzecią płytę Adele, "Sweetest Devotion" intryguje pierwszymi dźwiękami. Jednak kiedy muzycznie przekształca się w klimaty amerykańskiego country, pomimo swojej świeżości i poczucia eksperymentu, sprawia, że wolelibyśmy usłyszeć Adele w kolejnej, niekoniecznie świetnej balladzie.

Po czterech latach oczekiwania na nowe wydawnictwo, "25" pozostawia po sobie małe odczucie zawodu, pomimo że jest to owszem nierówny, ale wciąż naprawdę dobry album. Czym zaskakuje Adele? Przede wszystkim w niektórych momentach lżejszym brzmieniem, w którym pokazuje może nie do końca dojrzałość wokalną, ale na pewno świadomość muzyczną, objawiającą się w przypadku chociażby "Send My Love" - w żadnym aspekcie nie wpisującym się w dotychczasową twórczość artystki. Problemem Adele jest bezsprzecznie jej monotematyczność i uwielbiany przez miliony głos, który spowodował, że artystka, chcąc nie chcąc, została zaszufladkowana do ballad, i choć próbuje eksperymentować, to wciąż czuje się najpewniej w poważnym repertuarze. Szczerze, chciałbym usłyszeć na kolejnej płycie Adele same muzyczne eksperymenty i nowości, bo już w tych z "25" słychać, że mogłoby powstać z tego coś ponadprzeciętnego.


foto: The Verge

Komentarze