Krew na rękach – „Panie Dulskie” (2015)


Na tytuł "Śluby panieńskie" reaguje niczym kot na psa, a pies na wściekłego właściciela. Jak bardzo chciałbym powiedzieć cokolwiek dobrego o tym tytule, tak nie potrafię. Na najnowszy film Bajona - "Panie Dulskie" - i tak wybrałem się do kina, choć przeczuwałem, że może mnie to spotkanie niejednokrotnie zaboleć. Ale było jak zwykle - "Janda, Herman, Ostaszewska, Kościukiewicz, Figura, Łukaszewicz - to nie może być złe, przecież już widać, że film podoła aktorsko". I po części mu się udało (szkoda, że po części...), ale "Panie Dulskie" to wciąż słaby obraz, który można podsumować jednym idealnym stwierdzeniem - o wszystkim i o niczym.

Do Melanii (Maja Ostaszewska), wnuczki pani Dulskiej (Krystyna Janda), przyjeżdża Rainer Dulsky (Władysław Kowalski), profesor psychiatrii ze Szwajcarii. Czuje że ma coś wspólnego z kamienicą, w której mieszkają Dulscy. Zaintrygowana historią rodu Melania, reżyserka filmowa, przyłącza się do jego poszukiwań. Kolejne odkrycia przeniosą ich w przeszłość pełną tajemnic, które na zawsze miały pozostać w ukryciu. Rodzina Dulskich ma wiele na sumieniu… (opis dystrybutora)
Nie rozumiem takich filmów. Nie rozumiem po co bełkotać na ekranie przez lekko ponad półtorej godziny historię, którą mogę skrócić w trzech zdaniach. Nie rozumiem tym bardziej jak przez cały czas ciągnąć i wydłużać do granic możliwości zdarzenia, na centrum których skupiamy się i tak przez ostatnie skromne dziesięć minut. W tym wypadku nie rozumiem również, po co "Panie Dulskie" w ogóle powstały, bo choć ten film wydaje się być o czymś, tak naprawdę jest o niczym i wcale nie chcę umniejszać historii rodziny Dulskich. Bajon wziął na warsztat materiał, z którego właściwie ciężko zrobić coś słabego. Historia powszechnie w miarę znana, nazwisko Dulska zaświeca nawet maluteńką żaróweczkę nad głowami odbiorcy, a i klimat w całym filmie wydaje się być gwarantowany. Nijakość jest tym, z czym Bajon przegrywa na całej linii. Po godzinie seansu stanęła przede mną wątpliwość, czy aby "Panie Dulskie" mają jakikolwiek sens. I z tego miejsca nie odważę się powiedzieć, że tego sensu są pozbawione, bo takowy bezsprzecznie mają. Tylko jaki? Tego już nie wiem. Bolał mnie ten seans wewnętrznie, bo siedząc w sali kinowej przez prawie półtorej godziny obcowałem z filmem, który nawet nie tyle co mnie nie zaangażował (ba, to byłby właściwie pikuś), co po prostu mówił wciąż o tym samym, tylko jakby inaczej. Teraz, uwaga, paradoks - inaczej i jednocześnie tak samo... Wciąż mdło, bezbarwnie i jakby bez najmniejszego wyrazu. I tego wyrazu na próżno szukać również w klimacie, który jest sztuczny i nawet intrygujący Lublin, w którym osadzona jest historia, nie jest w stanie oddać tego, co właściwie w tym filmie jest jakby najważniejsze - piękna i specyfiki tamtych czasów. Nijak prezentuje się również sama komediowość filmu Bajona, a "Panie Dulskie" jedynie próbują być zabawne, bez jakiegokolwiek lepszego skutku. Niestety.


Trochę ponarzekałem, to teraz warto powiedzieć kilka dobrych słów o filmie Bajona. "Panie Dulskie" to przede wszystkim aktorstwo, w którym znajdziemy zarówno świetne występy, jak i te bardzo, bardzo słabe. By było ciekawie, to o nich tak trochę naprzemiennie. Krystyna Janda to bezsprzecznie najjaśniejszy aktorski punkt filmu. Tajemnicza i w tej tajemniczości bardzo intrygująca, a jej postać to prawdziwa intrygantka, która wie, że w życiu trzeba sobie jakoś radzić, by utrzymać dobre imię swojej rodziny. Zupełnym przeciwieństwem jest jej wnuczka, w którą wciela się Maja Ostaszewska. Wiecie, to wzbudza we mnie podziw. W "Body/Ciało" widzieliśmy ją w najlepszej dotychczas tegorocznej polskiej roli kobiecej, którą powaliła mnie na kolana. W "Paniach Dulskich" jakby Ostaszewskiej nie ma, a jest sztuczność i momentami przerażająca sztywność. Obronną ręką z filmu Bajona wyszła Katarzyna Herman, która porywa swoją charyzmą. Na tarczy wrócił niestety Mateusz Kościukiewicz, dla którego gotów byłem wyjść z sali, a wcielający się w jego ojca Olgierd Łukaszewicz choć przez prawie całe "Panie Dulskie" milczał, kupił mnie spokojem i tajemniczością. Ambiwalentne odczucia pozostawia po swojej kreacji Katarzyna Figura, która potrafi błyszczeć i żenować. Zdobywać sympatię widza, by po chwili ją stracić.

Te całe "Panie Dulskie" to okropne i pomimo wszystko ciężkostrawne rozczarowanie, którego tak bardzo nie chciałem, a niestety ostatecznie okazało się faktem. Bajona od upadku ratują aktorzy (w szczególności Janda i Łukaszewicz), jednak sam ponownie prawie dotyka swoim filmem dna. A szkoda, bo w tym filmie akurat pokładałem niemałe nadzieje.



foto: Marcin Makowski

Komentarze