Pora nasmażyć trochę pączków, dziwko! – „Mandarynka” (2015)


Film o transseksualnych prostytutkach nakręcony w dodatku iPhonem, brzmi co najmniej, jak ostatnimi czasy bardzo popularne, niezłe combo. I w przypadku tego obrazu o dziwo w oczy potencjalnego odbiorcy nie rzucają się transseksualne prostytutki, owszem wciąż wśród społeczeństwa wzbudzające wiele kontrowersji, a właśnie ten intrygujący iPhone. "Mandarynka" to amerykański film niezależny, który na tle tegorocznych premier zwycięża przede wszystkim swoją nowatorskością oraz niewyobrażalną autentycznością, stając się źródłem nie tylko przedstawienia pewnego problemu, ale przede wszystkim niezapomnianej zabawy. Tak, niezapomnianej - bo o tak wyjątkowo zabawnych filmach jak "Mandarynka", nie zapomina się nigdy.

Transseksualna prostytutka Sin-Dee wychodzi z aresztu i dowiaduje się od swojej najlepszej przyjaciółki, że jej chłopak ją zdradził, w dodatku z biologiczną kobietą. Wściekła, ale cały czas na wysokich szpilkach, dumnie przemierza zakazane ulice Los Angeles aby go odnaleźć i zawalczyć o swój związek. Jest Wigilia Bożego Narodzenia. (opis dystrybutora)
Nie myślałem, że mając jedynie do dyspozycji trzy smartfony, można nakręcić coś równie ciekawego i przede wszystkim realizacyjnie bardzo dobrego jak "Mandarynka". Lubię takie pozytywne zaskoczenia, kiedy film sprawiający wrażenie taniego i w najprostszy sposób grającego na kontrowersji, okazuje się być kinem wyjątkowym. Bo "Mandarynka" bezsprzecznie takim kinem jest. To film równie wybuchowy, co główna bohaterka, która wyszła z aresztu i już szaleje w prowincjonalnych i biednych dzielnicach Los Angeles, mszcząc się na biednej blondynce. To przede wszystkim bombowa komedia, która poraża humorem i pomimo swojej tematyki oraz wciąż obecnego gdzieś w tle drugiego dna i związanych z nim problemów bohaterów, naprzemiennie rozśmiesza i zaskakuje. To po prostu jedna z najciekawszych komedii tego roku z trochę gorzkim tłem, które choć ku końcowi zaczyna się nam coraz bardziej objawiać, to ostatecznie ulega komediowemu wydźwiękowi całego filmu, kreując tym samym "Mandarynkę" na kolorowy film o kolorowym świecie, do którego momentami trzeba nabrać trochę dystansu.


Nie chcę przez "nabieranie dystansu" powiedzieć, że "Mandarynka" to film niepoważny. Naprawdę. Sean Baker poprzez swój najnowszy komediodramat chciał przekazać  zdecydowanie "coś więcej", niż jedynie rozbawić widza i poprawić mu humor. Wbrew pozorom jest to film o pewnych problemach. Wiadome, że dla niektórych już sam transseksualizm głównych bohaterek może być problemem, ale nie ograniczajmy się do najbanalniejszych banalności. "Mandarynka" to bardzo trafny obraz peryferii Los Angeles, które szare są od brudu, zaniedbania i przede wszystkim ludzkiej biedy. To miejsce, w którym roi się - owszem od normalnych ludzi - ale również dilerów, prostytutek i podejrzanych "typów", w towarzystwie których nie wiadomo, czego właściwie można się spodziewać. "Mandarynka" jest również dość zabawnym, ale w wystarczającym stopniu również prawdziwym obrazem świata transseksualnych prostytutek. I gdybyśmy mieli do czynienia z aktorami, mógłbym tej produkcji zarzucić przerysowanie niektórych sytuacji, jednak obecność prawdziwych osób transseksualnych, które na co dzień stykają się ze środowiskiem zobrazowanym w filmie, spowodował, że "Mandarynka" stała się bardzo trafnym i przede wszystkim do bólu autentycznym spojrzeniem na tę część społeczeństwa.

Tak moi drodzy - Kitana Kiki Rodriguez oraz Mya Taylor nie są zawodowymi aktorkami, z kinem nie miały dotychczas zbyt wiele wspólnego, a tak naprawdę są dość blisko środowiska z filmu (Rodriguez jest swego rodzaju mentorką miejscowych transseksualistów). To również dzięki nim "Mandarynka" staje się filmem wyjątkowym - filmem obrazującym prawdziwy świat transseksualnych prostytutek (granych przez prawdziwe transseksualistki! to wydaje się być najważniejsze), który choć niejednokrotnie sprawia wrażenie przerażającego oraz pełnego przedziwnych osób i sytuacji, to w filmie ubrany jest on we wszechobecny humor. Tempa całej produkcji nadaje niezwykle dynamiczny i nowoczesny montaż (genialny, o tym również warto wspomnieć), uniemożliwiający nam nawet momentalne odejście od historii, oraz dubstepowa muzyka, która dodaje "Mandarynce" nutę pikanterii, świetnie znaną nam z kolorowego "Spring Breakers". Wybuchowa komedia o sile rażenia porównywalnej do bomby atomowej - po prostu!












Za możliwość przedpremierowego seansu filmu dziękuję dystrybutorowi

http://www.tongariro.pl/




foto: materiały dystrybutora

Komentarze