W poszukiwaniu syn… sensu – „Znam kogoś, kto cię szuka” (2015)


Emigracja do Francji i poszukiwanie syna, a jednocześnie dojrzewanie fizyczne młodej dziewczyny, która powoli przeistacza się w kobietę, to nie ukrywajmy - tematy na bardzo wnikliwe kino psychologiczne, posiadające odpowiedni bagaż emocjonalny. Debiutantka w fabularnym kinie pełnometrażowym, mająca zresztą polskie korzenie, Julia Kowalski przedstawieniu tego zawsze intrygującego tematu, niestety, nie podołała. Powiecie, że to trochę niesprawiedliwe, że już na samym początku spisuję cały obraz na straty, od razu wskazując, że to zły film. Ale to naprawdę zły film i mówię to z przekonaniem w głosie. Film przede wszystkim nieprzekonujący i nieposiadający żadnego motoru, który napędzałby psychologiczną machinę, o ile o takowej można w przypadku "Znam kogoś, kto cię szuka" w ogóle mówić. Pustka, moi drodzy - pustka!

Francuska prowincja, schyłek jesieni. Rose (Liv Henneguier), nastoletnia córka polskiego imigranta, dorasta bez matki, za to w gąszczu emocji. Właśnie żegna się z niewinnością dzieciństwa i przechodzi w bezwzględną sferę dorosłości, gdzie ciało staje się kolejnym towarem na rówieśniczym rynku, gdzie trwa wyścig na przekraczanie nienaruszalnych dotąd granic i nieosiągalnych doznań. Nieoczekiwanie Rose dostanie zaproszenie do przeżycia emocjonalnego wstrząsu, kiedy stanie między dorosłym Józefem (Andrzej Chyra), a jego porzuconym niegdyś synem - nastoletnim Romanem (Yoann Zimmer). Tajemnica, która zostaje jej powierzona w połączeniu z emocjonalnym rollercoasterem, który zaczyna się, kiedy Roman zatapia w niej spojrzenie popchnie ją ku podroży - do Polski i w dorosłość. (opis dystrybutora)

O samym filmie ma się tyle do napisania, co jednocześnie on sam sobą prezentuje, czyli praktycznie nic. I gdybym przed wejściem na przedpremierowy seans nie przeczytał opisu z tyłu ulotki, podejrzewam, że do tej pory zastanawiałbym się, co takiego autor, a w tym przypadku autorka miała na myśli. "Znam kogoś, kto cię szuka" od pierwszych scen sprawia wrażenie zupełnie wyrwanego skądś fragmentu, kiedy to w domu młodej Rose pojawia się polski robotnik, szukający swojego syna i ni stąd, ni zowąd - dziewczyna go zna. Pojawienie się Józefa w ogóle zostaje pozostawione same sobie, a o samym bohaterze i jego motywacji do odnalezienia syna dowiadujemy się jedynie tyle, że tego syna chce odnaleźć. W całej relacji pomiędzy dwójką zabrakło przede wszystkim rozwinięcia, które lepiej zarysowałoby to, co ich łączy. A z tego co mówiła Pani reżyser na późniejszej rozmowie, miała być to relacja, która mocno wpływa na rozwój dojrzałości dziewczyny oraz poniekąd zastępuje jej bardzo zepsutą relację z ojcem. Ostatecznie niestety, relacja ta ogranicza się jedynie do suchych rozmów z "Kawiarenkami" Ireny Jarockiej w tle i jedynego niejednoznacznego zbliżenia pomiędzy dwójką, które choć jedynie na moment, to ostatecznie daje złudną nadzieję na przewrót w zasadzie głównym wątku. 


Trochę lepiej prezentuje się druga część filmu, w której relacja buduje się pomiędzy Rose a synem Józefa - Romanem. Ich wspólna historia poprowadzona jest owszem w sposób wyjątkowo naiwny (przecież nikt normalny nie szuka swojego dziecka, po kilku dniach jego nieobecności w domu...), ciężko podczas obserwacji zachowań bohaterów nie złapać się niejednokrotnie za głowę i uwierzyć w wizję reżyserki, ale nie wolno powiedzieć, że jest to wątek poprowadzony równie słabo, co ten z Józefem. Poznajemy co najmniej motywacje bohaterów i choć ich irracjonalne zachowania pozostawiają czasami wiele do życzenia, a sam film w niektórych momentach ma po prostu szokować, do czego w niesmaczny sposób wręcz zmusza na reżyserka, to ten wątek właściwie ratuje historyczną warstwą filmu. Owszem, to jest klęska, ale już nie takie totalne dno. Aktorsko niestety też jest poniżej średniej. Zawodzi chyba najbardziej stłumiony Andrzej Chyra, który sprawia wrażenie nijakiego i zagubionego w losach swojego bohatera. Młodzi aktorzy - "są spoko" i chyba nic poza tym, bo ciężko powiedzieć o nich cokolwiek więcej dobrego, skoro nie dali rady w wystarczającym stopniu zaangażować mnie w swoje własne przeżycia.

"Znam kogoś, kto Cię szuka" przypomina mi ubiegłoroczny przypadek "Obcego ciała", które było niezwykłym bełkotem, nie posiadającym nawet odpowiedniej formy. To właśnie ona odróżnia debiut Kowalski od ostatniego filmu Zanussiego, bo wiele złego można powiedzieć o samej historii, ale w zasadzie realizacyjnie obraz stoi na całkiem niezłym poziomie (tymczasem przed oczami Pawła scena imprezy taką bardzo małą ociupinkę podobna do tej z dolanowskich "Wyśnionych miłości"). Wizualnie coś tam w sobie ten film ma, ale fabularnie i sensownie - brakuje w zasadzie wszystkiego.



Ps. Za zaproszenie na wspólny seans i możliwość poznania się w realu (nie, nie w tym sklepie!), z tego miejsca pragnę podziękować Magdzie (link do jej strony). No nie powiem, podczas rozmowy z reżyserką, było naprawdę wesoło!

foto: Filmweb.pl

Komentarze