Nowa Rihanna? – recenzja płyty „Anti”


Rihanna to taka postać w świecie muzyki komercyjnej, której właściwie nikomu nie trzeba przedstawiać. Niezależnie czy ktoś interesuje się muzyką offową, jazzem czy nawet na co dzień ulegasz dźwiękom muzyki klasycznej, nie sposób było o niej nie usłyszeć. Przecież to autorka wielkich hitów, pośród których prym wiodą Umbrella, We Found Love oraz Diamonds. Barbadoska wokalistka po czterech latach przerwy od zupełnie przeciętnego albumu Unapologetic, po premierze którego pojawiło się pytanie, dotyczące muzycznego kierunku Rihanny i jej artystycznego wypalenia, powraca z nowym albumem Anti. Albumem, którego premiera przez długi czas była przesuwana, jakoby Rihanna nie była zadowolona z całokształtu. Płyta ujrzała światło dzienne, Rihanna najprawdopodobniej jest zadowolona, ale razem z nią zadowoleni jesteśmy również i my, słuchacze. Anti to najlepsza płyta wokalistki od czasów Rated R.

Opublikowane w ubiegłym roku trzy piosenki - FourFiveSeconds, Bitch Better Have My Money oraz American Oxygen - właściwie w żaden konkretny sposób nie zarysowały nam tego, jaka będzie najnowsza płyta Rihanny. Z jednej strony, gitarowa ballada, która bardzo dobrze odnalazła się na listach przebojów. Z drugiej, właściwie typowa dla Barbadoski kompozycja z tłustym bitem i zadziornością. A jeszcze obok, jakby trochę ważniejsza w przekazie, piosenka o uwielbieniu Ameryki, jakby nie do końca nastawiona na komercyjny sukces. Po ostatniej płycie Unapologetic, miałem wrażenie, że Rihanna stała się produktem muzycznym praktycznie w każdym możliwym aspekcie. Produktem, który po kolejnych podobnych płytach, nie był w stanie zaoferować właściwie niczego nowego, przez co ostatni krążek wokalistki okazał się wielkim rozczarowaniem, a jego słabości nie zakrył nawet świetny singiel Diamonds. Do tego doszedł niegrzeczny image, wyzywający i niestety bazujący na kontrowersji teledysk, do muzycznie wcale nie najgorszego Pour It Up oraz wrażenie, jakby sama Rihanna traciła na swojej muzycznej wartości. Zaskoczyła mnie nieobecność na płycie trzech, pierwotnie promujących płytę singli, jednak po zapoznaniu się z albumem, ciężko nie stwierdzić, że te utwory na album najprościej w świecie nie pasują. Anti wydaje się być płytą czerpiącą z korzeni Rihanny, ale jednocześnie będącą pewnym odcięciem się od tego, co w muzyce Barbadoski mogliśmy dotychczas usłyszeć. Jest to poniekąd album bardzo świeży na tle wcześniejszych dokonań wokalistki, która nie sięga już jedynie do tłustego R&B okraszonego chwytliwym i przeszywającym bitem. Niektóre piosenki wydają się być pewnym eksperymentem oraz sprawdzeniem, czy nowa jakość w muzyce Rihanny również jest w stanie odnieść sukces. I od razu odpowiem, jest w stanie ten sukces odnieść, ale na gruncie bardziej muzycznym, niż dotychczasowym komercyjnym i radiowym.


Anti zaczyna się bardzo konkretnie od świetnego Censideration, stanowiącego bardzo klimatyczne otwarcie albumu, o dziwo niepozbawione pochłaniającego bitu, ale będące zaskakująco spokojnym początkiem. Duet z SZA to piosenka, która bardzo po cichu sugeruje nam, że Rihanna na swojej nowej płycie naprawdę zaskoczy i z każdą kolejną pozycją naprawdę coraz bardziej zaskakuje. Największą niespodzianką Anti jest zdecydowanie piosenka Love On the Brain, która wprowadza na album dozę delikatnej magii oraz soulu, w którym Rihanna brzmi fenomenalnie. Pojawiające się tuż po nim dwuminutowe Higher przywołuje od razu skojarzenie z twórczością znakomitej Amy Winehouse, a sama Rihanna wokalnie momentami niemal w niej krzyczy, wzywając swój potencjalny skarb do wspólnej zabawy przy narkotykach. Zaskakuje również gitarowa ballada Never Ending, która właściwie rozpoczyna poznawanie innej twarzy Rihanny z Anti i osobiście nie obraziłbym się, gdyby wokalistka została w takich klimatach na trochę dłużej. Close To You przywodzi na myśl od razu Stay z ostatniego albumu Rihanny - z tą różnicą, że ballada z Anti brzmi znacznie ciekawiej i nie porywa swoją banalnością w muzyce, a przede wszystkim emocjami, a ostatecznie korzeni samej piosenki można szukać u początków kariery wokalistki.

Najsłabszym momentem Anti okazuje się być promujący płytę singiel Work, który choć z każdym kolejnym odsłuchaniem coraz mocniej zapada w pamięć, coraz bardziej zaczyna również irytować. O ile zwrotki są naprawdę niezłe w tej swojej prostocie (Sean Paul by się kiedyś dobrze odnalazł w tej piosence), o tyle całokształt wypada co najwyżej średnio, ze względu na dość przeciętną partię Drake'a i męczący refren. Ciekawie brzmi Kiss It Better, które bardzo mocno zahacza o klasyczne ballady utrzymane w klimacie R&B. Już od pierwszego przesłuchania dobre wrażenie robi Woo, które poza płytą brzmi jedynie nieźle, jednak świetnie dopełnia klimat całej płyty. Kolejne Needed Me zaczyna się dość mrocznie, by później stać się piosenką całkowicie charakterystyczną dla Rihanny i o dziwo, stanowiącą kawał naprawdę dobrej muzyki oraz dowód, że Rihanna w starym wydaniu wciąż może być atrakcyjna. Króciutkie Yeah I Said It, podobnie jak Needed Me bardzo mocno wiąże się z dotychczasowymi dokonaniami Barbadoski, ale już następujące po nim Same Ol' Mistakes bardzo intryguje tajemniczą i przeszywającą muzyką oraz przygaszonym wokalem Rihanny, stanowiąc ciekawą i niejednoznaczną pozycję na Anti. Na koniec pozostawiłem sobie wisienkę na torcie w postaci Desperado, będącym bezsprzecznie najlepszą piosenką na najnowszej płycie Rihanny. Nie brakuje jej zadziorności oraz uwielbianego przeze mnie pazura wokalistki z albumu Rated R, ale również mroczności, której od tak dawna brakowało mi w twórczości Rihanny.


Wersja deluxe została ubogacona o trzy kolejne piosenki, które pod względem bitu i klimatu, prezentują Rihannę, jaką dotychczas znaliśmy. Pierwsza z nich – Goodnight Gotham – to trwająca niespełna półtorej minuty kompozycja, w której zawarty został charakterystyczny fragment piosenki Only It For a Night z repertuaru Florence and the Machine, przez co piosenka sprawia wrażenie bezpiecznego eksperymentu – utworu w stylistyce Rihanny, sięgającego jednak po coś więcej. (czyżby Rihanna była wielką fanką Welch i towarzyszących jej maszyn?) Kolejne Pose jest jedyną piosenką na Anti, idealnie wpisującą się w gangsterskie i wulgarne rytmy, które zamiast porywać, bardziej zniechęcają, niczym wcześniej wspomniane, kontrowersyjne Pour It Up. Zamykające wersję rozszerzoną Sex With Me to sto procent Rihanny w Rihannie, co na tle tego albumu i tak okazuje się dość zaskakujące. Anti to płyta będąca chyba najmniej utrzymana w powszechnie znanym stylu Rihanny. Płyta, w której sama wokalistka została wrzucona w inne gatunki muzyczne, co okazało się być najlepszym, co tę płytę mogło kiedykolwiek spotkać (oprócz miażdżącego Desperado). Po Anti mogę puścić w zapomnienie bardzo znaczącą wpadkę w postaci Unapologetic. Pytanie jednak, czy najnowszy krążek Barbadoski odniesie sukces komercyjny. Możliwe, bo to przecież Rihanna. Muzycznie jednak wokalistka jakby osiągnęła znacznie wyższy poziom, niebędący przy okazji gwarancją komercyjnego sukcesu. Jeszcze przed koncertem Natalii Nykiel, powiedziałem koleżance, że nie lubię już Rihanny. Że mnie nudzi. Że mnie męczy. Że nic mi nie jest już w stanie zaoferować. Cofam wszystkie słowa. Na nowo ją polubiłem, bo zrobiła mi niemały prezent tym krążkiem. Wiecie co? Fajna ta płyta. Bardzo fajna. Ktoś chciałby mi sprezentować bilet na warszawski koncert Rihanny? Nie obraziłbym się!


foto: vanityfair.com

Komentarze