Przyszłam do miasta – „Córki dancingu” (2015)


W ubiegłym roku w Polsce mieliśmy do czynienia aż z trzema obrazami polskiej sceny muzycznej. Najpierw w Polskim gównie mogliśmy satyrycznym okiem spojrzeć na współczesny rynek muzyczny oraz popularne talent show, które z każdym kolejnym rokiem lansują coraz więcej gwiazd. Później w Disco Polo, w bardziej komediowo-ironicznym klimacie, zderzyliśmy się z, jeszcze nie tak dawno obecnym i głęboko zakorzenionym w naszej kulturze, amerykańskim śnie, w którym rozbrzmiewa radość płynąca z wolności. Trzeci z nich – Córki dancingu – trafił do kin w ostatnim tygodniu ubiegłego roku, a debiutująca nim Agnieszka Smoczyńska wzięła na warsztat warszawski świat dancingu lat 80. I co? I chyba trochę przesadziła.

Dwie nastolatki – Złota i Srebrna – lądują w środku tętniącego muzyką, mieniącego się światłami neonów i cekinów świata warszawskich dancingów lat 80. Nie są to jednak zwyczajne dziewczyny, tylko syreny, które próbują poznać i zrozumieć, czym jest bycie kobietą w otaczającej je rzeczywistości. Dołączają do muzyków zespołu Figi i Daktyle, z dnia na dzień stając się sensacją nocnego życia stolicy. Pochłonięte przez miłość i rodzące się namiętności, na chwilę zapominają o swojej prawdziwej naturze. Ale wystarczy jedno złamane serce, by sytuacja wymknęła się spod kontroli... (opis dystrybutora)
Spośród trzech wspomnianych we wstępie filmów, Córki dancingu opowiadają właściwie najmniej o samej muzyce, choć bez wątpienia jest ona tłem do budowania wielowątkowej historii. Właśnie, wielowątkowej. Wielość wątków w Córkach dancingu jest tak ogromna, że więcej już ich być nie mogło. Mamy tutaj wszystko – syreny, śledziki, homoseksualistów, bohaterów z różnymi nienormatywnymi preferencjami seksualnymi i wiele, wiele innych zdarzeń i postaci, które powodują, że sam film w odbiorze staje się nijaki. Dzieje się w nim za dużo jak na skromne półtorej godziny, a przez przesadną wielowątkowość, Córki dancingu w pierwszym odbiorze są filmem o niczym. Nie powiem, jest ładnie i kolorowo, ale obrazowaniu całego przesłania, które debiut Smoczyńskiej miał nieść pod pozorem historii o dwóch niezwykłych dziewczynach, brak wyrachowania i wrodzonej umiejętności powiedzenia kluczowego stop. Córki dancingu to film prowadzony bez umiaru, a z każdym kolejnym pomysłem reżyserki, on sam coraz bardziej się przybliża do filmowego dna i choć ostatecznie go nie osiąga, to są momenty, kiedy naprawdę chce się powiedzieć "dość!". Są też w tym filmie momenty, które szczerze uwielbiam. Właściwie każdy muzyczny moment ze śpiewającą Kingą Preis jest niezapomniany, nie mówiąc już o perfekcyjnym i pełnym karykaturalnej zmysłowości wykonaniu piosenki I Feel Love z repertuaru Donny Summer.


A o czym tak naprawdę są Córki dancingu? To wcale nie jest film o warszawskich dancingach, tylko ironiczny obraz przeobrażania się dwóch dziewczyn w kobiety. W całym, początkowo jedynie muśniętym, a ostatecznie chyba najważniejszym wątku, nie brakuje oczywiście miłości. To ona doprowadza do wielu kłótni, sprzeczek oraz decyzji, zmieniających życie niektórych na zawsze. W filmie Smoczyńskiej, stawanie się kobietą, bezpośrednią łączy się z wielkim poświęceniem, na jakie decyduje się jedna z sióstr - oczywiście w imię czaru miłości, który lada chwile może prysnąć i nigdy więcej nie powrócić. Cały (nie)główny wątek zostaje ubrany w całkiem ładny musicalowy klimat, który do granic możliwości ubarwił zespół Ballady i Romanse - duet stojący za perfekcyjnym soundtrackiem do filmu. Przed seansem, ciężko było mi wyobrazić sobie polski szlagier Daj mi tę noc w wersji bardziej elektroniczno-alternatywnej. Po cichu marzę, że znajdzie się na nim również Kinga Preis i jej znakomite I Feel Love, o którym wspominałem chwilę wcześniej. Obiecuję, że pierwszego dnia, kiedy soundtrack trafi do sklepów muzycznych, wybiorę się do jednego z nich i zakupię to cudo.

No właśnie, w tekście już dwukrotnie wspomniana została Kinga Preis. Nieprzypadkowo. To bezsprzecznie największa gwiazda Córek dancingu. Mam nadzieję, że Polskie Nagrody Filmowe nie zapomną o tej wspaniałej aktorce, a Kinga Preis znajdzie się chociaż wśród nominowanych do Orłów. Kreacja wokalistki zespołu Figi i Daktyle to prawdziwa mieszanka wybuchowa. Nie brakuje scen, w których Preis jest niewiarygodnie surowa, ale największe wrażenie robi jako do bólu przerysowana showmanka, podkreślając każdy gest i każde wyśpiewane słowo (och, znowu przed moimi oczami niesamowita scena wykonywania I Feel Love, no nie mogę wyjść z zachwytu!). I choć generalnie gra aktorska w filmie Smoczyńskiej jest naprawdę dobra, to Preis stała się nie tylko mocnym filarem Córek dancingu, ale przede wszystkim prawdziwą perłą tego filmu, od której po prostu nie da się oderwać wzroku. Oderwać wzrok od samego filmu, niestety, nie jest już tak trudno, a można to zrobić przy pierwszej lepszej okazji. Agnieszka Smoczyńska to bezsprzecznie dość barwna debiutantka, której postaci należy się bacznie przyglądać, bo w kreowaniu samego klimatu, poradziła sobie naprawdę dobrze (choć to może być również zasługa świetnych kreacji scenicznych aktorów). W całokształcie trochę przekombinowała i stąd, w tej bardzo, ale to bardzo kolorowej całości, ostatecznie zaczęło coś zgrzytać.


foto: filmweb.pl

Komentarze