Umrzeć na samotność – „Janis” (2015)



Janis Joplin to bezsprzecznie jedna z najważniejszych artystek w historii muzyki współczesnej oraz przede wszystkim czołówka najbardziej charakterystycznych głosów kobiecych ever. Artystka, która zmarła w wieku zaledwie 27 lat, dołączając tym samym do grona Klubu 27, pozostawiła po sobie wiele fenomenalnych piosenek, porażających swoją mocą i przekazem, płynącym z jej wnętrza. Zadziwiające jest to, że film dokumentalny o niej powstał dopiero teraz, prawie pięćdziesiąt lat po jej zbyt wczesnej śmierci. Kulturowa postać Joplin na dobry dokument o sobie musiała czekać szmat czasu, a my, widzowie oraz słuchacze, musieliśmy czekać na obraz nieszczęścia, pozornie szczęśliwej wokalistki. Obraz będący niemałym doświadczeniem emocjonalnym.

"Janis"  to szczery, emocjonalny i przemyślany film, może nawet bardziej o Joplin jako o osobie niż legendzie. Sięgając do prywatnych zapisków artystki, wydobywając z rodzinnych archiwów fotografie, nagrania, a przede wszystkim listy, Berg powraca do teksańskiego dzieciństwa Janis Joplin, naznaczonego bolesnym odrzuceniem i poczuciem niedopasowania. Przywołuje też czasy rozkwitu kariery piosenkarki w San Francisco, trudne początki, skomplikowane relacje z zespołem, atmosferę Woodstock i pierwsze miłości. Tu na scenę wkraczają dawni koledzy muzycy, ludzie z branży, przyjaciele, kochankowie. To oni tworzą wizerunek Joplin: równie utalentowanej co niepewnej siebie gwiazdy, która nigdy nie przestała być dziewczyną z Teksasu. (opis dystrybutora)
Nigdy nie uznawałem się za fana Janis Joplin. Cenię jej muzykę, znam jej utwory, zapominając od czasu do czasu ich tytuły, ale samej postaci artystki nie darzyłem większym zainteresowaniem. Doceniałem, ale w zasadzie jej muzyka nie towarzyszyła mi na co dzień. Idąc na Janis, myślałem, że to kolejna historia zagubionej młodej gwiazdki, która swoim fenomenem wbiła się na szczyt i tego szczytu nie potrafiła utrzymać. Z tym wiązałem również jej śmierć. Myślałem, że była ona skutkiem stoczenia się na samo dno. Według twórców i współpracujących przy filmie ludzi z otoczenia artystki, Joplin była człowiekiem od zawsze innym, mającym wielkie problemy, które odbiły się na całym jej życiu. Umarła właściwie nie przez narkotyki i alkohol, a przez bardzo męczącą i bezwzględną chorobę, z którą borykała się od najmłodszych lat – umarła na chorobę zwaną samotnością. Amy Berg wykreowała bardzo przejmujący obraz artystki, którą kochały miliony ludzi na całym świecie, a jednocześnie tuż po zejściu ze sceny, stawała się szarą, opuszczoną jednostką, niemającą nikogo. Dlatego Joplin uwielbiała scenę, co sama niejednokrotnie podkreśla. Jedynie na niej czuła się naprawdę kochana i wartościowa, a przecież i poza sceną, nie wypada nawet dyskutować o wielkiej artystycznej wartości, jaka płynęła z Janis. Myślę, że gdybym napisał, że współczuję szczerze artystce, mogłoby to być nie na miejscu. Ba, byłoby nie na miejscu. Nie wypada współczuć czegoś, co właściwie latami pożerało tak pozornie wielką, a naprawdę małą i kruchą postać, oraz zniszczyło ją, pozostawiając po niej jedynie muzyczne pomniki, którymi bezwzględnie są takie perły jak Cry Baby czy chociażby Summertime.


Filmu Berg ciężko nie rozpatrywać przez pryzmat ubiegłorocznego, bardzo głośnego dokumentu Amy, o zmarłej kilka lat temu Amy Winehouse. Mówiono o nim, że to jeden z najsmutniejszych filmów, jakie przyszło widzom ostatnio oglądać. Uwierzcie, Janis to film jeszcze bardziej oddziałujący na widza i grający na jego emocjach. Przygnębienie po seansie towarzyszyło mi jeszcze chwilę po nim, a słuchając Summertime do tej pory odzywa się we mnie pewien ból płynący z głosu Joplin (wybaczcie ten niepoprawny subiektywizm, ale w takich przypadkach nigdy go za wiele). Inaczej jest natomiast ze sposobem realizacji samego filmu. Łatwo dostrzec dość skromną liczbę materiałów, na podstawie których zrealizowano cały dokument. Oczywiście, wierzymy w niego od samego początku do napisów końcowych, ale gdzieś w głowie wciąż krąży wątpliwość, czy są to aby wszystkie najważniejsze nagrania z Janis Joplin i czy aby pojawienie się innych materiałów archiwalnych, nie zawartych w filmie, nie zaburzyłoby postawionej koncepcji, odgórnie nałożonej przez twórców. W głowie pada również pytanie, czy jest to dokument, który charakteryzuje obiektywizacja wydarzeń, czy sama Amy Berg dąży bardziej do subiektywnego i w pewnym stopniu, z podkreśleniem na „w pewnym stopniu”, wykreowanego obrazu Joplin.

Cholera, pisząc tę recenzję zrobiło mi się smutno. Może nie aż tak bardzo smutno, jak podczas samego seansu Janis, jednak część emocji powróciło. Nie jest to dokument wybitnie zrealizowany, jednak jeżeli uwierzymy twórcom (a ciężko nie uwierzyć, skoro przed naszymi oczami wciąż wypowiada się dwudziestokilkuletnia Joplin), życie artystki w połączeniu z jej twórczością, stanie się emocjonalną eksplozją, która popycha do refleksji nie tylko nad życiem Joplin i jej problemami, ale również nad samotnością - szczególnie, kiedy ona sama dotyka, poznającego świat Joplin, widza. 


foto: filmweb.pl

Komentarze