Węgierski absurd – „Swobodne opadanie” (2015)


Krakowskie kino Ars od jakiegoś czasu organizuje w piątkowe późne wieczory Tajemnicze Pokazy Specjalne, na których puszczane są filmy przedpremierowe. 1 stycznia, Nowy Rok - trzeba było jakoś ten dzień uświęcić, np. wizytą w kinie. Byłem pewien, że zobaczę "Moje córki krowy" (grane na pokazach przedpremierowych w innych krakowskich kinach), a nawet przez myśl nie przeszło mi, że zostanę uraczony, osadzonym w Budapeszcie, filmem "Swobodne opadanie". Mimo że początkowo nie taki film chciałem obejrzeć, cieszę się, że "Swobodne opadanie" zobaczyłem, bo podejrzewam, że sam z własnej woli do kina na niego bym się nie wybrał (szczególnie w okresie mnożących się oscarowych premier). A jest to dość intrygujące kino, o którym naprawdę trudno zapomnieć.

"Jaką chcesz herbatę? Mamy miętową" – mamrocze starsza kobieta do apatycznego męża, z którym mieszka w zagraconym mieszkaniu. Następnie wstaje i idzie na dach bloku, skąd patrzy na wieczorne niebo nad Budapesztem. A potem skacze. W miarę jak spada, na mgnienie oka spoglądamy w kolejne okna do innych mieszkań. Potem do nich wrócimy. Siedem pięter, siedem identycznie zaprojektowanych mieszkań, ale zupełnie inne światy. Siedem sytuacji, siedem różnych historii, które mimo wszystko łączą tysiące powiązań. To jakby absurdalne, trochę tajemnicze obrazy współczesnej rzeczywistości widzianej w krzywym zwierciadle. (opis dystrybutora)
W "Swobodnym opadaniu" z ekranu wylewa się absurd, a nieopisana jest ilość dystansu, jaką trzeba w stosunku do tego filmu zachować. Bo właściwie bez dystansu przez ten film nie da się przebrnąć. Absurd goni kolejny absurd, a twórcy bawią się nim i tworzą prężnie zrealizowane, momentami przekombinowane kino artystyczne, będące swego rodzaju satyrą, obrazującą uniwersalne społeczeństwo. Jak przez dziurkę od klucza, podglądamy kolejnych mieszkańców bloku, po schodach którego wspina się zmęczona życiem staruszka, nieudolnie starająca się popełnić samobójstwo. Jest świeżo i dość zaskakująco, chociaż samemu filmowi brakuje momentami wyważenia. Niektóre segmenty poprowadzone są bez smaku, a momentami reżyser zbyt usilnie próbuje dać filmem we znaki widzowi, starając się go zszokować, niwecząc właściwie wszystko, co dotychczas dobrego udało mu się zbudować (i tak, mówię tutaj o segmencie u lekarza). Najlepiej, obok oczywiście wątku wciąż wspinającej się po schodach staruszki, która łączy w całość pozostałe segmenty, oglądało mi się przezabawny segment o ludziach jakby z przyszłości, z którego kwestie jeszcze kilka dni później rozbrzmiewały na naszym studenckim mieszkaniu i właściwie poprawiały humor każdemu. Największą uwagę "Swobodne opadanie" przykuwa przede wszystkim realizacją, w której dominują świetne zdjęcia i genialna muzyka Amona Tobina, w której przeważają elektroniczne dźwięki, w tajemniczy sposób wprowadzające, jakby za rękę, każdego widza do kolejnych mieszkań. Mój problem z tym filmem polega jednak na tym, że mimo czarnego humoru bawiącego od początku do końca, bardzo bogatej całości (a czasami nawet zbyt bogatej) chyba w ostateczności nie kupiłem. Pierwszy film w 2016 roku, mam nadzieje, nie zwiastuje samych takich szalonych filmów przez cały rok.


foto: filmweb.pl

Komentarze