Być kobietą, być kobietą… – „Dziewczyna z portretu” (2015)


Szał oscarowy trwa. Na ekranach kin zaczynają pojawiać się najbardziej wyczekiwane przez widzów filmy, które w styczniu otrzymały po kilka nominacji do Oscarów. Do nagród bardzo prestiżowych, ale ostatnio coraz mniej mówiących cokolwiek konkretnego o poziomie danego filmu i nie stanowiące właściwie żadnej rekomendacji. Dziewczyna z portretu, najnowszy film nagrodzonego Oscarem Toma Hoopera, reżysera rewelacyjnego Jak zostać królem, idealnie wpisuje się we współczesne rozumienie amerykańskich nagród. To film, którego fenomen tkwi przede wszystkim w temacie i głównie ze względu na niego został zauważony. Co z tego, że Hooper w pełni go zmarnował. Przecież to wreszcie film o pierwszym mężczyźnie, który staje się kobietą.

To niezwykła historia miłosna zainspirowana życiem artystów Einara i Gerdy Wegener (w tych rolach Eddie Redmayne i Alicia Vikander), których małżeństwo i praca zostają poddane próbie, kiedy Einar decyduje się na operację zmiany płci i zostaje jedną z pierwszych na świecie transgenderowych kobiet, Lili Elbe. (opis dystrybutora)

I tu Was mam, moi drodzy. Tytuł i to o czym mówią media, mogą być naprawdę mylące. Dziewczyna z portretu to bardziej duńska dziewczyna z oryginalnego tytułu, który odnosi się nie tylko do przeobrażającego się na naszych oczach w kobietę Einara Wegenera, ale przede wszystkim do jego żony, która gubi się w tej – nie bójmy się tego nazwać po imieniu – dość chorej sytuacji. Gerda Wegener to kobieta ustatkowana. Walcząca o swoją sztukę. Kochana przez, wydawałoby się, najwspanialszego mężczyznę na świecie, który niewiarygodnie o nią dba. Kobieta szczęśliwa, której świat rujnuje problem jej męża. Einar odnajduje w sobie kobietę i choć Gerda początkowo dość dobrze bawi się w grze prowadzonej wraz ze swoim ukochanym, to ostatecznie staje się największą ofiarą tej nierozsądnej zabawy. Gerda to motor napędzający emocjonalną stronę Dziewczyny z portretu, która ostatecznie i tak tych emocji wydaje się być pozbawiona. Hooper z historii na melodramat niezwykle wzruszający, zrobił przede wszystkim miałki i właściwie ulotny obraz kobiety, która wraz z mężem staje przed wyborem, jednak sama nie ma możliwości wyboru. I tak, Dziewczyna z portretu, choć nic na to nie wskazuje, to film przede wszystkim o Gerdzie Wegener, która od początku kradnie ten film głównemu bohaterowi. Bohaterowi, którego historia wydaje się niezwykle pociągająca i poniekąd inspirująca, a tak naprawdę okazuje się egoistycznym bełkotem. 


Wiem, że jest to historia oparta na faktach. I może ten egoistyczny bełkot jest lekko przesadzony, ale problem w tym, że nie wierzę ani w postać Einara, ani w jego przeobrażenie, które choć w rzeczywistości najprawdopodobniej było procesem niezwykle złożonym, to w Dziewczynie z portretu jest pojawiającym się i od razu właściwie rozwiązanym problemem. Hooper rozwija sytuację swojego bohatera w sposób bardzo prosty, a właściwie pierwsze spotkanie z kobiecym strojem od razu wzbudza w nim poczucie bycia kobietą. Dziewczyna z portretu sprawia wrażenie – co oczywiście w rzeczywistości jest nieprawdą – jakby do zmiany Einara doszło nagle i w jednej sekundzie z normalnego mężczyzny, stał się mężczyzną marzącym o pozostaniu kobietą. Takie uczucie pozostawia po sobie ten film. Uczucie właściwie nieuzasadnienia i niezrozumienia dla decyzji głównego bohatera, pomimo stwierdzenia, że kobieta tkwiła w nim od dawna. W Dziewczynę z portretu nie wierzymy również przez aktorstwo Redmayne'a, którego manieryzm stacza jego postać właściwie na samo dno, a zarówno Einar, jak i Lily to bohaterowie nieprzekonujący, błądzącyą przez cały film wzrokiem pomiędzy ścianami, swoją żoną, a mężczyzną, który coraz większą rolę odgrywa w życiu głównego bohatera. Co więcej, aktora spotkała podobna rzecz, co przy Teorii wszystkiego, kiedy pomimo pierwszoplanowości swojej postaci, został zepchnięty przypadkowo na dalszy plan. Najsmutniejszy i tak jest fakt, że Eddie Redmayne jest ładniejszy jako kobieta niż jako mężczyzna. Partnerująca mu Alicia Vikander to chyba największa gwiazda Hollywood ubiegłego roku, a co najmniej taką jest w moich oczach. Najpierw fenomenalna rola w Ex Machinie, teraz równie zachwycająca kreacja w Dziewczynie z portretu, która naprawdę może skończyć się Oscarem dla najlepszej aktorki drugoplanowej. 

Hooper nakręcił przede wszystkim ładny film. Powalający walorami estetycznymi. Kostiumami, charakteryzacją, przepięknymi widokami. Estetyczność Dziewczyny z portretu przekłada się jakby na emocjonalność filmu – im ładniej, tym jakby w tej całej historii coraz bardziej nijako i pusto, a obraz staje się książkowym przykładem przerostu formy nad treścią. W całej tej historii, owszem, jest miejsce na wzruszenia, a ostatnie dwadzieścia minut filmu w pewnym stopniu ratują całokształt, sprawiając, że Hooper nie osiąga tym filmem zupełnego dna. Dna, do którego wciąż jest, niestety, bardzo blisko. Myślę, że taka postać jak Lily Elbe zasługuje na lepszy film, który problem głównej postaci nie tylko pokaże, ale również w jakikolwiek sposób rozwinie. A tutaj? No, tutaj jest, jak jest.










Komentarze