Garratt po raz pierwszy – recenzja płyty „Phase”


Jack Garratt to Sound of 2016 według BBC. Tym samym, artysta, zresztą nieznany jeszcze zbyt dobrze polskiej publiczności, dołączył do grona laureatów tego wyróżnienia, które, debiutując, zdobywali Adele, Jessie J, Ellie Goulding, Sam Smith czy Years&Years. Wraz z wyróżnieniem, na samego wokalistę spadła większa popularność, a mnie dał się poznać dzięki swojej najpopularniejszej piosence Worry. Nie będę ukrywał, że to właśnie ze względu na nią czekałem na nadchodzący wielkimi krokami debiutancki album Phase, który zwiastowało kilka dobrych piosenek, ze wcześniej wspomnianym singlem na czele. Jack Garratt to jeden z najciekawszych tegorocznych debiutantów, a jego Phase jest debiutem na piątkę z ogromnym plusem za świetny klimat całokształtu.

Płyta zaczyna się w sposób, do jakiego przyzwyczaił nas dotychczas Jack Garratt i w podobnej stylistyce będzie się utrzymywała prawie cała płyta. Otwierające ją Coalesce (Synesthesia Pt. II) to utwór bardzo zgrabnie zahaczający o alternatywne r&b, niepozbawione pociągającego bitu i świetnego wokalu wokalisty. Breathe Life natomiast wnosi już na początku trochę lekkości, porywając swoim delikatnie klubowym i tanecznym charakterem. Nie spodziewajcie się jednak klubowego „umca umca”, a raczej bardzo stylowej piosenki. Kolejne Far Cry w pewnym stopniu przywodzi na myśl niedawne dokonania Justina Timberlake'a, ale od pierwszego refrenu zamienia się w bardzo smaczny elektroniczny utwór, który spokojnie można by postawić obok najlepszych piosenek Naughty Boy'a. Czwarte Weathered porywa swoim klimatem oraz niezwykle angażuje swoim tekstem, stając się jednym z najmocniejszych punktów płyty Phase. Worry to natomiast najpopularniejsza piosenka, która jeszcze chwilę przed premierą debiutanckiego krążka, zdobyła sobie rzeszę fanów, umożliwiając Garrettowi poznanie się szerszej publiczności. Utwór zauroczył mnie od samego początku świetnie wyeksponowanym wokalem piosenkarza i przede wszystkim przeszywającym bitem, który w dodatku nie przeszywa słuchacza w sposób pretensjonalny i nachalny. Najdłuższe na płycie, pięciominutowe The Love You're Given to kolejny kawał świetnego r&b z nutą alternatywy, robiącego największe wrażenie swoją świeżością i chillowym charakterem.


Następne I Know All What I Do to bardzo skromna piosenka ukryta w środku albumu, pośród okraszonych chwytliwym bitem utworów, która wygrywa przede wszystkim swoją prostotą i delikatnością, a sam Garratt zachwyca i zaskakuje swoją uczuciowością, do której nie potrzebuje jakiś wyjątkowych środków wokalnych. Kolejne Surprise Yourself to największa emocjonalna dawka na albumie Phase, w której Garratt nie tylko przeszywa swoimi falsetami, ale niektórymi momentami wręcz odrywa nas od tego, co tu i teraz, by przenieść nas w zupełnie inne miejsca (szczególnie muzycznymi ozdobnikami pomiędzy zwrotkami). Gdybym miał wskazać najlepszy utwór na tej płycie, wskazałbym właśnie Surprise Yourself. Tuż po niej od razu przenosimy się w całkowicie inne rewiry muzyczne, poznając niezwykle energiczne i zapadające w pamięć Chemical. Kolejne Fire porywa przede wszystkim swoim tanecznym refrenem i to w nim tkwi fenomen całego utworu. Najsłabiej prezentuje się Synesthesia Pt. III, pozostawiając po sobie nieznośnie uczucie nijakości. Nie ulega wątpliwości fakt, że jest to naprawdę dobrze wyprodukowana piosenka spod znaku bardziej klimatycznego electro, ale w porównaniu do swoich poprzedników, raczej wzbudza ambiwalentne odczucia. Zamykające album My House Is Your Home to bardzo zaskakujące uwieńczenie Phase, które w najprostszy sposób opowiada o miłości za pomocą niezwykle poruszającego duetu – pianina i, ponownie, fenomenalnego wokalu Garratta. 

Słuchając naraz całej płyty, można mieć wrażenie, że jest to płyta tak bardzo mocno tworząca spójną całość, że aż momentami nudna. Jest to jednak dość błędne wrażenie, ponieważ przy zbiorze kilku naprawdę podobnych klimatem piosenek, są one całkiem dobrze zróżnicowane już w samym ułożeniu tracklisty. Producenci dawkują nam zarówno te utwory bardziej taneczne, jak i te niepozbawione pewnej refleksji, przez co unikają pewnej muzycznej monotematyczności. To skromne debiutanckie dziecko Brytyjczyka największe wrażenie robi przede wszystkim swoim intrygującym, często nieprzewidywalnym brzmieniem (bo choć stylistycznie piosenki są dość podobne, każda zaskakuje czymś nowym) oraz fenomenalnym wokalem samego piosenkarza, który jest właściwie kluczem do jego sukcesu. Phase to już teraz jeden z najmocniejszych i przede wszystkim najważniejszych muzycznych tytułów tego roku. Jednak zobaczymy, jak sytuacja Garretta rozwinie się po jego debiucie, bo bardzo dobry debiut to jedynie szansa na rozwinięcie skrzydeł. I trzymajmy kciuki, żeby te skrzydła udało mu się rozwinąć. 


Komentarze