Kto jest winny? Wszyscy - „Spotlight” (2015)


Pomimo upływu czasu, temat Kościoła w filmie wciąż wzbudza dość wiele kontrowersji. Nie mówię oczywiście o filmach stricte religijnych, przestawiających sylwetkę jakiejś konkretnej postaci, a raczej o historiach poruszających obecne w Kościele problemy. Biorąc pierwszy przykład z brzegu - W imię... Szumowskiej, które poniekąd obrazowało temat homoseksualizmu wśród księży, spotkało się nie tylko z głośnym sprzeciwem ze strony, jakby nie było, bardzo ważnej Instytucji, ale również wywołało dość sporo bezpodstawnych kontrowersji. Temat Kościoła w tym roku pojawił się pośród filmów nominowanych do Oscarów, a mające aż sześć szans na statuetkę Spotlight również porusza dość niewygodne tematy, które jednych irytują, a drudzy odbierają je jako dziennikarską bajkę, w dodatku nieprzekonującą i – podobno – nudną. 

"Spotlight" to filmowy zapis wstrząsającej historii, która miała miejsce naprawdę. Nagrodzeni Pulitzerem dziennikarze śledczy gazety "Boston Globe" dotarli do przerażających i szokujących danych na temat konsekwentnie tuszowanej siatki pedofilskiej w Kościele katolickim, składającej się z ponad 70 księży. Historia zbulwersowała świat w 2002 roku. Ale odkrycia dziennikarzy były zaledwie wierzchołkiem góry lodowej... Tuż po objęciu stanowiska, nowy szef "Globe'a", Marty Baron (Liev Schreiber), kieruje dziennikarzy do zajęcia się sprawą księdza oskarżonego o seksualne wykorzystywanie dzieci na przestrzeni 30 lat. Świadomi delikatności i społecznego oddźwięku, jaki będzie wiązał się ze skandalem, reporterzy zagłębiają się w sprawę. Zespół tworzą: Walter "Robby" Robinson (Michael Keaton), Sacha Pfeiffer (Rachel McAdams), Michael Rezendes (Mark Ruffalo) oraz Matt Carroll (Brian d’Arcy James). Rozpoczyna się dziennikarskie śledztwo, którego wyniki zbulwersują cały świat i wstrząsną Ameryką. Dziennikarze kontaktują się z adwokatem ofiar (Stanley Tucci), docierają do dorosłych, którzy byli molestowani w dzieciństwie. Wkrótce okazuje się, że sprawa jest większa, niż ktokolwiek na początku przypuszczał, ociera się o władze kościelne, które przez lata tuszowały przestępstwa. (opis dystrybutora)

Po seansie padł w moją stronę zarzut, że odbiór zależy od tego, czy jest się ateistą czy osobą wierzącą, w podtekście dając mi do zrozumienia, że jako ateista jestem zirytowany nie tyle co pedofilią w Kościele, co po prostu wątpię w istnienie Boga. Nie, nie wątpię. Jestem osobą wierzącą, a zdenerwował mnie sam problem. Problem, który ciągnie się niemiłosiernie, niszcząc życie niewinnym dzieciakom. Przyznam, że dawno nie wyszedłem z kina tak bardzo zirytowany. Przeważnie jeżeli już do takowego zirytowania dochodzi, to staram się je jak najlepiej ukryć, ale w przypadku tego filmu, opartego zresztą na faktach, graniczyło to z niemożliwością. Zdenerwowałem się przede wszystkim sytuacją w Kościele, która – pomimo ciągłej walki – wciąż jest w nim obecna, a samo Spotlight jakby jeszcze bardziej ją potęgowało. Pedofilią wśród księży – nazwijmy tę sytuację po imieniu, bo to o niej głównie opowiada ten film. Gdyby przyjrzeć się całemu problemowi na podstawie samego filmu, można powiedzieć, że pedofilia to temat zamiatany pod dywan i to nie tylko przez Kościół, ale przede wszystkim przez prawników i również dziennikarzy, którzy ani nie mają takiej siły, by sprzeciwić się Kościołowi, ani nie mają siły na rozpędzanie wielkiego skandalu, który niby mógłby przynieść pozytywne skutki, ale bardziej prawdopodobne jest, że szybciej by ucichł niż się rozpętał. Jak okazało się z badań tytułowej grupy dziennikarskiej, pedofilia wśród księży to system, który idealnie maskuje problem, ale w żadnym stopniu tego problemu nie ogranicza i powoli rozwiązuje. Co więcej, pozwala mu na ciągłe rozszerzanie i dostęp do kolejnych ofiar. 


Zdaję sobie sprawę, że to może trochę nieodpowiednie, ale Spotlight pozostawia po sobie pewną wątpliwość i dość przykre pytanie, które często towarzyszy również bohaterom. Cholera, co jeśli coś takiego spotkałoby właśnie mnie? Jakby tego było mało, to nie wszystko. Każda kolejna osoba, która opowiada o swoich przeżyciach, jakby kształtuje przed naszymi oczami pewne obrazy, pobudzając naszą wyobraźnię do pracy i być może niechcący sprawiać nam tym obrazami dość dużą przykrość. Spotlight generalnie wywołał we mnie odczucia przykrości i pewnego rozczarowania ludźmi, którzy działają w sposób nieprzemyślany (i mówię to nie tylko o samym Kościele i księżach, ale również prawnikach, którzy ukrywają pewne sprawy oraz dziennikarzach). McCarthy w swoim filmie pokazał również wielką wytrwałość i niezwykłą dziennikarską walkę o zdobycie najistotniejszych faktów, które pomogłyby zbudować konkretny temat, który przyciągnie masę czytelników, przy okazji objawiając przykrą prawdę, że to co kontrowersyjne sprzeda się najlepiej. Bo bohaterowie wcale początkowo nie dążą do rozwikłania trudnej sprawy. Przede wszystkim skupiają się na poruszeniu tematu, którego ciągłe rozwijanie przyciągnie nowych czytelników. Dopiero, kiedy sprawa zaczyna coraz bardziej dotyczyć każdego z nich, działania Spotlight mają na celu coś więcej – zatrzymanie, a co najmniej próbę zatrzymania, rozwijającego się jak epidemia zjawiska pedofilii, z którą nie walczyła nawet sama Instytucja, w której do tego zjawiska dochodziło. Spotlight to film niewiarygodnie angażujący, pomimo że sprawia wrażenie przegadanego. Piekielnie mocny i w pewnym stopniu również ciężki w przyjęciu. Nie można mu również odmówić często zastanawiającej subiektywności, w której ma się nieodparte wrażenie, jakby reżyser wciąż stał po jednej ze stron konfliktu. Brak wyważenia w sposobie opowiadania historii może być właściwie uznane za jedyny problem tego filmu. Owszem, dość znaczący, ale jakoś szczególnie nie przeszkadzający, bo pomimo braku obiektywności Spotlight wciąż wzbudza te same, negatywne emocje, zapadające w naszej pamięci razem z samym filmem. 

Co ciekawe, aktorsko Spotlight nie robi ogromnego wrażenia, a same oscarowe nominacje tłumaczę sobie raczej słabą konkurencją niż jakimś wielkim fenomenem tych ról. Może to też kwestia tego, że w obliczu takiej historii i takiego filmu, kwestie techniczne i aktorskie pozostawiamy właściwie na drugim planie? Tak, tak właśnie uważam. Sam film to jeden z najciekawszych dramatów dziennikarskich ostatnich lat (chociaż owszem, nie dorównuje uwielbianemu przeze mnie Erin Brockovich), który choć budowany jest trochę na kontrowersji, a jego przekaz jest już od początku jasny, to stanowi kawał bardzo dobrego, amerykańskiego kina, którego najmocniejszą stroną jest przede wszystkim emocjonalna zagrywka wobec widza i ciągłe trzymanie go na sznurku, by za specjalnie nie oddalał się emocjonalnie od historii Możecie mi zarzucić, że pisząc recenzję Spotlight skupiłem się tylko na swojej frustracji problemem pedofilii pośród księży. Owszem, skupiłem się, bo o tym jest film i w tej kwestii ten film wywarł na mnie momentami miażdżące emocje i przemyślenia, których wolałbym uniknąć. Niemniej, pedofilię w każdej formie należy potępiać i z nią walczyć. Walczyć, byleby skutecznie.










Komentarze