Nieszepcząca mewa, czyli relacja z koncertu Marceliny


Staram się nie należeć do osób oceniających danego wykonawcę po jednej piosence, ale i mi zdarzają się sytuacje, w których skreślam kogoś od razu. Wiem. To bardzo niesprawiedliwe. I w dodatku, najczęściej tych zbyt pochopnych opinii żałuję. Tak było właśnie z Marceliną. Jej największy przebój, Karmelove (albo jak dotychczas z pogardą go określałem Karmelovelove), od naszego pierwszego razu stał się jednym z najbardziej irytujących mnie polskich utworów. Po takim początku, owszem, nie zapomniałem o samej piosence, ale na prawie dwa lata zapomniałem o Marcelinie, która w międzyczasie wydała bardzo dobry krążek Gonić burzę. Krążek, po który z własnej woli raczej bym nie sięgnął.

I znowu błąd. Wstydź się, Paweł. Żeby do takiej muzyki trzeba było Cię zachęcać? Do muzyki, która praktycznie w idealny sposób wpisuje się w Twój gust muzyczny? Powtórzę, pukając się w czoło, wstydź się, Paweł! Gonić burzę to pierwsza dziesiątka najlepszych płyt ubiegłego roku, na której Marcelina porywa przede wszystkim świetnym klimatem i jakby w niektórych utworach trochę większą zadziornością. Był koncert, na koncert się wybrałem i bang. Wielki, pełen energii bang. Koncert Marceliny został poprzedzony tajemniczym supportem w postaci zespołu Lush. Tajemniczym, ponieważ niczego nie wiedziałem ani o samym zespole, ani o muzyce, którą tworzą. I tu kolejne zaskoczenie, bo Lush, co najmniej na razie, nie tworzy, a coveruje. I choć coverowanie może Wam przypominać nieudolne próby niektórych uczestników talent show, którzy nie mając swojego materiału, próbują wybić się na cudzych przebojach, uwierzcie na słowo, że Lush prezentuje coś więcej niż zwykłe covery. To przede wszystkim nowoczesne, przepełnione elektroniką aranżacje polskich szlagierów, które mają w sobie tyle świeżości, że właściwie podczas koncertu od pierwszej piosenki byłem zauroczony. Zdarzało się, owszem, że momentami coś jeszcze w relacji pomiędzy muzyką, wokalem, a ogólnym odbiorem, trochę zgrzytało, ale za aranżację Mamony, mogę właściwie wybaczyć wszystko. I ten wokal. Wokalistką ten zespół zdecydowanie zyskał w moich oczach. Zapamiętajcie! Lush. Warto, bo to naprawdę intrygująca nowa twarz w polskiej muzyce. Zastanawiam się, jak brzmiałby ich autorski materiał.


Po supporcie, na scenie najpierw pojawiły się żarówki oplecione na mikrofonie, a później wkroczyła na nią gwiazda wieczoru, by już pierwszą piosenką totalnie mnie oczarować. Gonić burzę świetnie brzmi przy zgaszonym świetle, zapalonych świeczkach oraz białych światełkach. I tak też tej płyty dotychczas słuchałem. Nie spodziewałem się jednak, że na żywo jej odbiór będzie aż tak różny od tego, do którego dotychczas się przyzwyczaiłem. Gonić burzę wybrzmiało jako pełna energii płyta, która przenosi w zupełnie inne miejsce, przy okazji przedstawiając niektóre piosenki w zupełnie innym (jeszcze ciekawszym?) świetle. Przez cały koncert czekałem właściwie na dwójkę moich ulubieńców, czyli singlowe Nie mogę zasnąć i niezwykle klimatyczne Już szepczą mewy. Druga piosenka choć na samym albumie błyszczy, na koncercie jakby straciła w obliczu wszystkich, znacznie lepiej brzmiących utworów, pomimo że to wciąż była ta sama, bardzo dobra piosenka, o której zresztą pisałem, że marzy mi się, by została kolejnym singlem z płyty, o ile takowy jest w ogóle w planach. Natomiast, Nie mogę zasnąć to koncertowy sztoooos, który rozpoczął się niezwykle klimatycznie, by skończyć się najpierw wokalnymi popisami Marceliny, a później jej energiczną rozpierduchą. Podczas niej nie tylko złamała pałeczkę uderzając w bęben, ale przede wszystkim wykreowała swój singiel na najważniejszy muzyczny moment koncertu, a samą piosenkę przedstawiła w jeszcze mocniejszy i bardziej angażujący sposób. Naprawdę, wielkie ukłony. Na koncercie nie zabrakło również przebojów z poprzednich płyt Marceliny, w tym największego hitu Karmelove, który o dziwo na żywo brzmiał naprawdę nieźle. Teraz zastanawiam się nawet, czy jest to kwestia samej piosenki, czy może udziału w niej Piotra Roguckiego, bez którego ta piosenka brzmi po prostu lepiej. Pomimo że obecność utworów z poprzednich płyt wniosła do samego koncertu trochę innego klimatu i innych emocji (chociażby zamykające koncert Znikam było fenomenalne!), osobiście wciąż zostanę jednak wierny ostatniej płycie Gonić burzę.

Nie mówiąc już o samej muzyce, warto przyjrzeć się samej osobie Marceliny, która zabawiała publiczność opowiadając anegdotki o szalonych, napakowanych mężczyznach spod sceny oraz starała się generalnie złapać fajny kontakt z widownią. Na scenie to pełna werwy dziewczyna, przez którą przemawia luz i przede wszystkim prawdziwość. Oprócz tego, że sam koncert był wydarzeniem dość kameralnym, może właśnie dlatego też czuło się bardzo miłą więź z wokalistką, która mimo że w Klubie Zaścianek była gwiazdą i to ona stała na scenie, sprawiała wciąż wrażenie, jakby występowała między swoimi dobrymi znajomymi. Marcelina to w dodatku wulkan energii, będący przy okazji powiewem świeżości, który totalnie mnie zauroczył. Już dawno nie byłem na koncercie polskiego artysty (o ile w ogóle na takim byłem), który dałby z siebie na scenie nie sto, a powiedzmy dwieście procent. Jestem niepoprawnie zauroczony tym, co zobaczyłem, co usłyszałem i przede wszystkim tym, czego byłem świadkiem w ubiegłą niedzielę w krakowskim Klubie Zaścianek. Pozostaje mi tylko dodać, do następnego razu!


Film zamieszczony przez użytkownika Paweł (@szpachello)

foto: popheart.pl

Komentarze