Cały gang się grzmoci – „Bang Gang” (2015)


Nie pałam miłością do filmów o współczesnych nastolatkach, których obraz przeważnie niczym nie różni się od poprzedniego. Oskarżeniem z mojej strony nie jest nawet schematyczność w samej historii, ale przede wszystkim sposób jej ukazania. Film o nastolatkach przede wszystkim ma szokować, a to dla niektórych – nawet najlepszych twórców – nie jest najlepszym rozwiązaniem. Co więcej, skupienie się na szokowaniu nigdy nie jest najlepszym pomysłem na realizację filmu. Jest pomysłem generalnie najgorszym i jednocześnie najtańszym. Przed oczami od razu staje mi całkiem niezłe Spring Breakers, intrygujące w pewnym stopniu swoim dość krytycznym i jednocześnie satyrycznym spojrzeniem na świat studenckich imprez, oraz wyjątkowo przeciętne i wyjątkowo nużące już w samej warstwie fabularnej Bling Ring. Francuską odpowiedzią na amerykańskie filmy o nastolatkach okazuje się być Bang Gang, które może nie wprowadza do tego tematu niczego nowego, ale udowadnia, że nawet tak brudne historie, pełne młodzieńczej głupoty, szaleństwa i nieodpowiedzialności, również można opowiadać ze smakiem.

Współczesna historia miłosna. Dwie przyjaciółki, George i Laetlia, zabijają wakacyjną nudę na imprezach w domu Alexa. Podczas jednego wieczoru przebojowa George prowokuje grę w Bang Gang, która szybko staje się obowiązkowym punktem następnych imprez. Seks, alkohol, narkotyki, zabawa do samego rana – bez zahamowań, wszystko zostaje wśród znajomych. Ale beztroski czas szybko się kończy, kiedy George odkrywa, że chłopak, w którym jest zakochana, zdradza ją z najlepszą przyjaciółką. A na dodatek Bang Gang zaczyna wymykać się spod kontroli. (opis dystrybutora)
Już od samego początku, rzucając się w wir całej historii, która rozwija się na naszych oczach i niejednokrotnie elektryzuje, Bang Gang, wbrew pozorom, opowiada o rzeczach dość ważnych. Ważnych przede wszystkim z perspektywy nastolatka. O przyjaźni. O zauroczeniach. O pierwszym odbytym stosunku. I ostatecznie, w mniejszym stopniu o pewnej miłości, która w przypadku tego filmu, mimo wszystko pozostaje gdzieś tam w tle całego szaleństwa i poniekąd nieszczęścia, które towarzyszy bohaterom w ich życiu. Bo na pierwszy rzut oka w Bang Gang nie ma w ogóle miłości. Kontakty nawet między rodzinami pozbawione są większych emocji. Wszystko wyzute jest z uczuć, a na ekranie stosunek goni kolejny stosunek. Jedna orgia, przechodzi w kolejną, a wszystko to przeplatane jest indywidualnymi rozterkami bohaterów, które niechcący momentami giną pomiędzy całą hedonistyczną stroną filmu. Reżyserka – zresztą debiutantka – chociaż nieustannie przedstawia swoje postaci, relacje pomiędzy nimi i występujące w nich kolejne zgrzyty, przez cały Bang Gang pozostaje obiektywna, nie skłaniając również i nas, widzów do osądów, kto stoi po stronie dobrych, a kto po stronie tych gorszych, bo o złych w tej historii raczej nie da się mówić. Co najlepsze, Bang Gang nie szokuje, nie emocjonuje w jakiś nieznośny i ponadprzeciętny sposób, ale wciąż bardzo angażuje. Za każdym razem wrzuca nas w imprezowy wir, towarzyszący bohaterom, a im bliżej końca, tym coraz bardziej uwikłani jesteśmy w hedonistyczne zabawy oraz nadciągające problemy. 


No właśnie, im bliżej końca. Punkt kulminacyjny i samo zakończenie powodują, że o Bang Gang jeszcze kilka dni po premierze nie sposób zapomnieć. Szkoda, że wprawiają jednak widza w dość duże rozczarowanie, które niweczy praktycznie wszystko, co reżyserka zbudowała sobie przez cały film – przede wszystkim urzekając nas w bardzo dobrym poprowadzeniem historii, wbrew pozorom wymagającym naprawdę wiele wyczucia. Stonowana całość, która pomimo swojej kontrowersyjności, ostatecznie nie szokuje, zamknięta została w sposób dość banalny i nieprzekonujący, przez co tak jak cały film nie wzbudza większych emocji, tych emocji nie wzbudza również zakończenie. Widzowie pozostawieni zostają z nijakim, właściwie pseudo-morałem, a punkt kulminacyjny pozbawiony jest jakiegokolwiek polotu, przez co w jego znaczenie w ogóle się nie wierzy. Gdyby nie to, Bang Gang byłoby jedną z największych tegorocznych niespodzianek. Wielkim zaskoczeniem jest za to w kwestiach realizacyjnych. Już dawno nikt nie opowiadał o nastolatkach z taką wizualną precyzją, pięknymi kadrami i wspaniałymi zdjęciami rodem z najbardziej wysmakowanego kina niezależnego. Świetnie współpracujący ze zdjęciową estetyką, soundtrack White Sea to istny majstersztyk, a wisienką na torcie nazwanym „realizacją i wizualnością” jest scena towarzysząca napisom końcowym, której udaje się delikatnie zatrzeć odczucie rozczarowania po samym zakończeniu. 

Bang Gang nie jest w żadnym stopniu filmem przełomowym. To wciąż trochę stereotypowa opowieść, w której postaci wydają się bardzo umiejętnie wystylizowane na potrzeby historii, a czasami mają się nijak do nastolatków, których mijamy na ulicach. Na tle innych filmów wpisujących się w tę tematykę zwycięża nie tylko realizacją, ale przede wszystkim bardzo udaną próbą opowiedzenia kontrowersyjnej historii w sposób bardziej treściwy niż szokujący. Przegrywa natomiast zakończeniem, które choć przez wywołane rozczarowanie nie daje o filmie zapomnieć, działa na Bang Gang w sposób praktycznie destrukcyjny.












Foto: Filmweb.pl

Komentarze