Polski romantyczny NIEgniot - „Planeta Singli” (2016)


Tak, poszedłem do kina na komedię romantyczną. No zabijcie mnie. Zastrzelcie, uderzcie najcięższym dzbankiem, no nie wiem. Powtórzę raz jeszcze, poszedłem do kina na komedię romantyczną. Wyobraźcie sobie taką sytuację. Jestem sobie taki ja, który gardzi wszelkimi komediami romantycznymi, a jeżeli już je ogląda, to albo z zaistniałej sytuacji, albo z przymusu. Raczej nigdy z własnego wyboru. Planeta Singli to pierwsza komedia romantyczna, na którą poszedłem do kina. Sami przyznajcie, że słysząc polska komedia romantyczna spodziewacie się co najwyżej przeciętnego filmu, pełnego banalności i żałosnego humoru, który wzbudza w Was okropne odczucie politowania i zażenowania. Ostatnią „polską komedią romantyczna”, jaką wspominam bez żadnego bólu, a nawet z (dość dużą!) odrobiną przyjemności jest Nigdy w życiu. Tegoroczny kasowy hit to bezsprzecznie najlepsza „polska komedia romantyczna” od tamtego czasu (dwunastu lat, jak to szybko zleciało)!

Polska komedia romantyczna to dla mnie odrębny gatunek filmowy. Chyba najgorszy. Planeta Singli, która właśnie z niego miałaby się wywodzić, jest polskim pogromcą wielkiego hollywoodzkiego hitu, który zgromadził w kinach na całym świecie miliony widzów, a w Polsce został frekwencyjnie zmiażdżony przez leciutką jak piórko komedię. Ale za to jaką dobrą! Planeta Singli czerpie bardzo dużo ze stereotypowych komedii romantycznych. Mamy niespełnioną nauczycielkę muzyki. Mamy również bogatego i momentami prostackiego podrywacza, który bezczelnie naśmiewa się z kobiet i uważa, że każda mogłaby być jego. I – tak jak zapewne się spodziewacie – losy tej dwójki się splatają, a co z tego splotu wyniknie, zobaczyć musicie już sami. Owszem, moi drodzy, musicie, ponieważ Planeta Singli to najlepsza polska komedia romantyczna od dobrych kilkunastu lat, przy której nawet uwielbiane Listy do M. nie są tak bardzo zabawne i urocze. Planeta Singli zwycięża na tle wszystkich komedii romantycznych przede wszystkim scenariuszem, w którym nie brakuje przede wszystkim niezmarnowanego pomysłu. Kiedy ma być zabawnie, czasami jest zabawnie aż za bardzo. Kiedy nadejdą chwile, by trochę pomyśleć nad niektórymi sprawami, cała historia zwalnia, a my dostajemy emocjonalne, ale nie banalne, sceny, które są w stanie poruszyć najtwardsze serducha. Jestem niepoprawnie zauroczony tym filmem. Tą historią. Tymi bohaterami. Już dawno żaden film nie dostarczył mi tak wiele rozrywki. Nie pamiętam kiedy ostatnio śmiałem się tak dużo w sali kinowej. Uwierzcie na słowo, pod tym względem Planeta Singli jest rewelacyjna!


Przed samym seansem, najbardziej magnetyzowała mnie główna aktorka, której poczynania śledziłem jeszcze za czasów pierwszej bardziej rozpoznawalnej roli w Czasie honoru. Agnieszka Więdłocha poraża swoim teatralnym warsztatem, a jako Ania jest fenomenalna. Obawiałem się, że w niektórych scenach komediowych, aktorka może wypaść zbyt teatralnie, tracąc tym samym autentyczność i przy okazji moje zaufanie. Jestem niezwykle ciekawy, czy Więdłocha w najbliższym czasie pojawi się w jakimś kolejnym filmie fabularnym, bo chyba nie mogę się doczekać jej roli (tak, tak, jest też zabójczo piękna!). Partnerujący jej Maciej Stuhr po raz kolejny udowodnił, że jest jedną z ważniejszych postaci pośród polskich aktorów, a jego Tomek Wilczyński jest niezwykle zadziorny i charyzmatyczny. Poza tym Więdłocha i Stuhr stworzyli wspólnie bardzo ciekawie skontrastowany duet, w którym niektóre cechy – jak to w komediach romantycznych bywa – zaczynają się uzupełniać. Występująca na drugim planie Weronika Książkiewicz jeszcze nigdy nie była tak zabawna w komedii (o ile kiedykolwiek była), a udawanie przez nią „faceta-świni” to jedna z najlepiej wspominanych przeze mnie scen z całego filmu. 

Słowem zakończenia, to całkiem miłe dla takiego Pawła (czyt. mnie), broniącego zawsze polskiego kina i mówiącego, że nie warto oceniać go przez pryzmat komedii romantycznych, kiedy okazuje się, że nawet one potrafią niesamowicie zaskoczyć. Planeta Singli to bezsprzecznie jedna z najcieplejszych i najbardziej uroczych niespodzianek, jakie otrzymałem właśnie od polskiego kina. I co ciekawsze, mój entuzjazm nie jest odosobniony. Jeszcze miesiąc po premierze, pół godziny przed premierą filmu zakupiłem ostatnie dwa bilety dla siebie i swojej koleżanki. To chyba o czymś świadczy. Planeta Singli – jakkolwiek przedziwnie i absurdalnie to nie zabrzmi – jest jedną z najważniejszych tegorocznych premier, a sam reżyser, który stoi również za powstaniem pierwszej części Listów do M., powinien być jedynym reżyserem w Polsce uprawnionym do realizacji komedii romantycznych. Wielkie wow. 


Komentarze