Wszystko zostaje w rodzinie - "El Clan" (2015)


El Clan znany mi był dotychczas jako argentyński kandydat do Oscara, który przepadł pośród propozycji innych krajów, ostatecznie nie mając przyjemności znalezienia się w piątce nominowanej do Oscara. Jak już od niedawna wiemy, złota statuetka dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego trafiła w ręce węgierskiego debiutanta, który w swoim dziele Syn Szawła, ubrał temat holocaustu i człowieczeństwa w niezwykle naturalistyczne obrazy, pełne brutalności i niedopowiedzeń. Argentyński El Clan może nie mówi o rzeczach równie podniosłych, co tegoroczny zdobywca Oscara, i poniekąd nie powinno się tych dwóch filmów razem zestawiać, ale w obliczu nagrody, o którą oba tytuły toczyły bój, El Clan to po prostu lepszy film. Może nie aż tak smaczny wizualnie, ale dużo bardziej pasjonujący i ekscytujący. Przede wszystkim fabularnie i emocjonalnie. 

Argentyna, początek lat 80. Za obrazem tradycyjnej rodziny z dzielnicy San Isidro, kryje się złowieszczy klan aranżujący porwania oraz dokonujący morderstw. Na czele klanu stoi ojciec Arquímedes, wyglądający czasem jak niegroźny dziadek z sąsiedztwa, a czasem jak wcielony diabeł o zimnym spojrzeniu, Alejandro, jego najstarszy syn, gwiazda słynnej drużyny rugby CASI, umiejętnie wskazuje mu potencjalne ofiary. Jego sława sprawia, że jest on poza podejrzeniami. Pozostali członkowie rodziny, w mniejszym lub większym stopniu, są zaangażowani w porwania, i mają swój udział w zyskach z okupu od rodzin ofiar. (opis dystrybutora)

Argentyńskie kino nie jest mi zbyt dobrze znane. No, chyba, że mówimy o telenowelach, którymi katowałem się w dzieciństwie i zasiadając codziennie z babcią przed telewizorem, śledziłem losy naszych ulubionych i – z perspektywy czasu – bardzo prostych bohaterów (Zbuntowany Anioł i piękna Natalia Oreiro). Odłóżmy jednak żarty na bok. El Clan to historia grupy porywaczy, którzy działali na ulicach jednego z argentyńskich miast. Historia na tyle nieprawdopodobna, że aż ciężko uwierzyć, że poczynania klanu rodziny Puccio faktycznie miały miejsce w latach 80. ubiegłego wieku. Może nie byłoby w niej nic niezwykłego, gdyby nie sposób działania klanu, który porywał swoje ofiary w biały dzień, nie bojąc się niepowodzenia i przypadkowych osób trzecich, mogących donieść na nich miejscowym władzom. Porywacze nie trzymali swoich ofiar w specjalnym, nieznanym nikomu miejscu, a praktycznie na oczach sąsiadów. El Clan jest thrillerem i ten thriller momentami naprawdę czuć. Są sceny, ubrane w niezwykle tajemniczy klimat, w którym da się odczuć nutkę grozy i specyficznej niepewności. Brak tutaj może jakiejś wyjątkowej brutalności, ale z drugiej strony – porwania, podejmowane decyzje przez członków klanu i przede wszystkim sam główny bohater, wprowadzają widza w pewne niepokojące otępienie. Jednak, generalnie film pozostawia po sobie więcej optymistycznego wydźwięku, a po seansie naprawdę ciężko traktować go zupełnie poważnie i aż ciężko nie pozwolić sobie na odrobinę dystansu do całej historii. 


Osobiste odczucia, osobistymi odczuciami, ale El Clan to film zupełnie poważny. To nie ulega wątpliwości. Choć, owszem, wrażenie sprawia trochę inne. Jeżeli po filmie Pablo Trapero spodziewacie się thrillera z krwi i kości, to możecie być zaskoczeni. Z ekranu wręcz wylewa się groteska i to na niej budowany jest cały fenomen El Clan. Nie mówiąc już nawet o samym zakończeniu, które zwaliło mnie z nóg i jestem nim niepoprawnie zauroczony, generalnie każdy najbardziej trzymający w napięciu moment, uwieńczony jest muzycznym momentem, który nie tylko rozluźnia atmosferę, ale prowadzi całą historię w bardziej komediowe rewiry. Cały ten świat klanu Puccio niby jest dość radykalny, a głowa rodziny momentami steruje członkami rodziny, jak swoimi poddanymi i przede wszystkim oddanymi, a jednocześnie działalność klanu (zobrazowana z tym kapitalnym soundtrackiem, nadającym całości wyjątkowo zadziornego charakteru) zmierza w bardziej ironiczną stronę. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze główny bohater – głowa rodziny i przede wszystkim głowa klanu. Bohater tak strasznie niepozorny i spokojny, że aż gryzie się z określeniem czarnego charakteru. Arquimedes Puccio jest postacią wręcz absurdalną, wciąż zachowującą kamienną twarz i nie dającą się ponieść emocjom. Takim właściwie „niegangsterem”, którego fenomenalnie oddał Guillermo Francella, o czym na pewno warto wspomnieć. 

Film niepozbawiony jest również interesującego kontekstu politycznego, który stawia El Clan w trochę innym świetle. Rodzina Puccio i panujące w niej zasady (precyzując, dominacja Arquimedesa) obrazują jakby stary system, przez który przemawia właściwie samowolka oraz górowanie jednostki nad resztą. Twórcy stawiają go przed nami w obliczu demokracji, która zaczyna budować się w Argentynie. Nie zważając jednak na ten interesujący kontekst, El Clan wiele nie traci. Co więcej, nie trzeba, ale można traktować go jedynie na poziomie rozrywki. W dodatku, bardzo dobrej i angażującej rozrywki, która nie tylko ma być „umilaczem czasu”, ale również ciekawym kinowym przeżyciem. Taki jest El Clan - intrygujący, ekscytujący, angażujący i będący przy okazji rozrywką z najwyższej półki, z małymi smaczkami dla widzów, oczekujących od kina „czegoś więcej”.


















Za możliwość przedpremierowego seansu dziękuje dystybutorowi


foto: filmweb.pl

Komentarze