Dlaczego kocham najbardziej na świecie „Titanica”?


Dokładnie 104 lata temu, wielki niezatapialny Titanic wyruszył w swój dziewiczy rejs. Jak podaje serdeczna, zawsze pomocna i niezawodna ciocia Wikipedia, zaledwie cztery dni później, w nocy z 14 na 15 kwietnia, morski kolos otarł się o górę lodową, a następnie zatonął, pochłaniając ze sobą około 1500 ofiar. Historia niezatapialnego statku kilkukrotnie przywoływana była w kinie, ale nigdy z sukcesem porównywalnym do tego Jamesa Camerona. Ponad miliard dolarów przychodów, co na ówczesne czasy było największym sukcesem pieniężnym wszech czasów, a ponadto jedenaście Oscarów w tym dla najlepszego filmu. Titanic był i w zasadzie wciąż jest filmem przełomowym, ale nie dlatego pałam do niego miłością. To przede wszystkim majstersztyk pod względem technicznym i jeden z najlepszych filmów o miłości ever. Ale nie tylko. 

Miałem w ciągu swojego niespełna dwudziestoletniego życia, jedną wakacyjną, że tak to zgrabnie ujmę, „titanicową” fascynację. Jedni mają wakacyjne miłości, inni wakacyjne przygody, a ja miałem Titanica. Niby jest to jakiś rodzaj miłości, ale no wybaczcie – pod żadnym względem film nie będzie przypominał fizycznej bliskości drugiej osoby. Ale no, do rzeczy. W pewne wakacje miałem swoją „titanicową” fascynację, podczas której wszystko, co związane z Winslet, DiCaprio i samym filmem, było najlepsze pod słońcem. I dalej jest. Ten krótki okres mojego życia, charakteryzował się tym, że Titanica odpalałem niemal codziennie. Nie oglądałem go całego. Fragmentami, z dnia na dzień, brnąłem ku końcowi, oglądając uciekających w pośpiechu ludzi, a następnie umierających w wodach oceanu. Przyglądałem się każdemu szczegółowi, a kiedy mogłem powiedzieć, że widziałem Titanica autentyczne dwadzieścia razy (podejrzewam, że z innymi, pojedynczymi seansami spoza tego dziwnego okresu, ta liczba będzie jeszcze większa), pojawiły się przemyślenia na temat śmierci. Tak, byłem na przełomie szóstej klasy szkoły podstawowej i pierwszej gimnazjum, a już zastanawiałem się, jakby to było umrzeć na Titanicu (jeżeli ktokolwiek chciałby mnie teraz zamknąć, mówiąc, że mam jakiś problem ze sobą, niech wie, że wiele się od tamtego czasu nie zmieniło). A jakby było? A tak, że nikt by nawet o tym nie wiedział, a ja naiwny kilkunastolatek, doszukiwałem się w takiej śmierci jakiegoś zaszczytu. Jej, taki zaszczyt.


I znowu dygresja. Dygresja za dygresją, jak na razie. Kocham Titanica, bo – prowadząc do pewnej puenty poprzedniego akapitu – po prostu czuję do niego ogromny sentyment. To film, który rozbudził we mnie miłość do kina i kiedy słyszę Titanic, na mojej twarzy maluje się ogromny uśmiech. Bo to film cholernie ważny, nie tylko jako dzieło dla całej kinematografii, ale przede wszystkim dla mnie. Ważny, ponieważ pod jego wpływem zaczęły kształtować się moje zainteresowania i między innymi dlatego jestem teraz w tym miejscu, a nie innym. Na kulturoznawstwie, a nie na prawie. Na tym blogu, a nie na treningu koszykówki (chociaż w sumie jedno nie wyklucza drugiego, to po prostu kwestia lenistwa). Kocham Titanica, bo to jedyny film, który za każdym razem przyprawia mnie o ciarki i pomimo tego, że jest melodramatem, oglądam go z większym napięciem niż większość thrillerów czy kryminałów. Największe napięcie wzbudza oczywiście leżąca Rose na drzwiach szafy, która patrzy się na marznącego w wodzie Jacka i nie… nie zrobi miejsca biedakowi, tylko skaże go na pewną śmierć, a później będzie nad nią ubolewać. Zresztą, Rose to postać wyjątkowa. Nie chodzi nawet o rudowłosą Kate Winslet, ale przede wszystkim o samą charakterystykę tej postaci. Kiedy przez całą historię Rose przenika przez klasy Titanica, ostatecznie odnajdując się w tej trzeciej, najgorszej i najbiedniejszej, w końcowej scenie, stanowiącej apogeum napięcia, w naturze Rose zwycięża „kobieta modliszka” z pierwszej klasy, która kocha, ale już w obliczu zagrożenia, leżąc na drzwiach szafy, niestety, nie zrobi miejsca swojemu ukochanemu, bo naraziłaby siebie na śmierć. Takich naiwnych Jacków jest więcej, podobnie jak kobiet modliszek, które czekają na takich biednych, niedużych chłopców. Toż to życiowy film.

 
Może i „kobieta modliszka”, może i niesprawiedliwość, ale muzyka nieziemska!

I teraz spójrzmy na to z trochę innej perspektywy. Titanic to również film o pewnym biednym chłopcu, który zakochuje się w „kobiecie modliszce”, na tyle ślepo, że nie spodziewa się, iż przy takim finale filmu, ona pozostawi go na pastwę losu. Chociaż w sumie, kto by się tego spodziewał. Wreszcie Titanic miał być tym niezatapialnym kolosem, a już spotkanie z pierwszą górą lodową, spowodowało, że teraz możemy podziwiać jedynie jego wrak. Patrząc z perspektywy tego chłopca i stawiając siebie na jego miejscu, pewnie i ja byłbym oddany dla swojej wybranki oraz pełen poświęcenia. Chociaż zważając na moją coraz bardziej egoistyczną postawę w stosunku do większości ludzi, którzy, jak im dasz trochę od siebie, to wezmą wszystko i jeszcze więcej, teraz mogłoby być inaczej. Więc może właściwie w obecnej sytuacji to ja dryfowałbym na drzwiach szafy, a biedna rudowłosa Rose pluskałaby się w Atlantyku. Ciekawe tylko, czy umiała pływać. Brnąc jednak w kierunku sedna, Titanic to film o miłości. Z tego, co napisałem, wypadałoby dodać niesprawiedliwej, ale mówiąc już zupełnie poważnie, miłości przede wszystkim nieszczęśliwej, smutnej i w skutkach bardzo wzruszającej. Cameron nakręcił nie tylko film fenomenalny od strony technicznej, ale głównie perfekcyjny melodramat. Dość prosty i w pewnych momentach stereotypowy, jednak niepozbawiony wspaniałych emocji, wylewających się z ekranu. Wylewają się też hektolitry łez, zalewając wszystko, łącznie z naszymi serduchami, przejętymi losem biednego Jacka i niebiednej Rose „kobiety modliszki” DeWitt Bukater (która notabene po katastrofie już taka bogata nie była). 

Titanic to również przeuroczy Leonardo DiCaprio, który po roli Jacka Dawsona stał się bożyszczem nastolatek i był takim filmowym Justinem Bieberem lat 90. I teraz przywołajmy te narzekania niektórych biednych Pań, tak niesprawiedliwe potraktowanych przez los. Bo Leo był taki uroczy w Titanicu, a teraz jest taki tatusiowaty i zapuszczony, i w ogóle jak był młodszy to był kochany. Tak. Aktorsko jest raczej jak wino. I dobrze. Obok DiCaprio, Titanic to również znakomita Kate Winslet, która objawiła mi się w tym filmie jako aktorskie bóstwo i po dziś dzień stawiam ją na piedestale pośród aktorek, a o jej znakomitych rolach – nawet w nieznakomitym Movie 43 – można by było mówić i mówić, pisząc na jej temat długie elaboraty. Problem mam jedynie z jego ponadczasowością, bo im dalej w las, tym ludzie coraz bardziej zaczynają zarzucać mu prostotę i sztuczność. Ale z drugiej strony, jak tu nie mówić o jakichś sztucznościach, kiedy na ekranach kin królują komputerowe blockbustery, z dużo większym budżetem i nowocześniejszą technologią, do której w ciągu ostatnich kilku lat, zdążyliśmy się przyzwyczaić. Titanic to po prostu perła. Arcydzieło. Majstersztyk. Film, który trzeba zobaczyć. A są wciąż ludzie, którzy Titanica jeszcze nie widzieli. Shame on Wy.


Foto: windows10wallpaper.net / pinterest.com

Komentarze