Gdzie superbohaterów sześciu, tam... – recenzja filmu „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” (2016)


Kasowy hit i jeden z najbardziej oczekiwanych filmów tego roku, spotkał się z niemiłosiernym przyjęciem ze strony krytyki. Na Zacka Snydera i jego film Batman v Superman: Świt sprawiedliwości spadła fala krytyki, która okazała się jedynie potwierdzeniem obaw fanów obu superbohaterów, a twarz zadumanego Bena Afflecka nad reakcją krytyki zalała pewnego dnia internet, stając się obiektem żartów. Puenta tegorocznego BatmanoSupermana, którym pozwolę sobie określać ten miałki film, pozbawiony jakiegokolwiek charakteru, jest taka, że historii tak ciekawych dwóch superbohaterów nie da się zamknąć w jednym filmie. I to wcale nie jest atak na Snydera. Wątpię, by jakikolwiek reżyser podołał zadaniu połączenia historii Supermana i Batmana, chyba, że kiedyś będziemy mieć do czynienia z jakimś fenomenem, który mnie zawstydzi, a ja cofnę te odważne słowa. Na chwilę obecną, BatmanoSuperman Snydera to nic innego, jak największe rozczarowanie roku. Rozczarowanie spodziewanym rozczarowaniem? Tego jeszcze nie było.

W obawie przed poczynaniami nieposkromionego superbohatera o boskich rysach i zdolnościach, najznamienitszy obywatel Gotham City, a zarazem zaciekły strażnik porządku, staje do walki z otaczanym czcią współczesnym wybawcą Metropolis, podczas gdy świat usiłuje ustalić, jakiego bohatera naprawdę potrzebuje. Wobec konfliktu, który rozgorzał między Batmanem i Supermanem, na horyzoncie szybko pojawia się nowy wróg, stawiając ludzkość w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa, z jakim jeszcze nigdy nie musiała się mierzyć. (opis dystrybutora)

Drogi ten film i widać włożone w niego pieniądze. Jest efekciarski i rozdmuchany, ale niezbyt efektowny. Nie brak BatmanoSupermanowi kiczu i pewnej taniości. Chociaż jest to film z gatunku akcji, gdzie efekty specjalne w zasadzie odgrywają największą rolę, tutaj o braku jakichś szczególnych technicznych fajerwerków, nie mówi się jako o największym problemie filmu Snydera (chociaż było kilka naprawdę fenomenalnie wystylizowanych scen ze smacznymi zdjęciami). Jak to z filmami o superbohaterach bywa, tak i w przypadku BatmanoSupermana dominuje wątek walki dobra ze złem. Snyder chyba trochę przekombinował, a chcąc lekko zagmatwać charakterystyczny motyw, bardziej go zaburzył. Przez cały film nie dowiadujemy się niczego wartościowego o bohaterach, oprócz tego, że raz Batman jest uznawany za najgorszego, a później Superman. I znowu Batman, a później ponownie Superman. Batman. Superman. Batman. Superman. Aż w końcu dochodzimy do konkluzji, w której wszystko się wyjaśnia, a my, drodzy widzowie, powinniśmy zostać fanami filmu i Snydera. I czy tego chcemy czy nie, nimi nie zostajemy. Pewien chaos zaczyna ogarniać historię, a ona sama sprawia wrażenie poszatkowanej całości i gdyby działa się w podświadomości bohaterów, mógłbym w nią uwierzyć. Ostatecznie w tę drogą bajkę nie uwierzyłem. Dodajmy, bajkę bardzo niskich lotów, pełną tanich ckliwości, tandety, małych głupotek i przekombinowania – próby udowodnienia, że potrafię, kiedy tak naprawdę jest zupełnie inaczej (wirtualne serduszko nienawiści, które wstawiłbym tutaj, ale to nieestetyczne). 


BatmanoSuperman boryka się z podobnym problemem, co ubiegłoroczne Spectre. Brakuje w filmowej historii wyrazistego czarnego charakteru, który powaliłby i wprawiał w pewien dyskomfort nie tylko jako postać, ale przede wszystkim poprzez aktorskie zabiegi. Jesse Eisenberg dwoi się i troi, przypominając momentami dość karykaturalne staranie naśladowania znakomitego Heatha Ledgera z Mrocznego Rycerza. Aktorsko nie wypada źle (przy męczącej się Amy Adams, która właściwie zagrała tutaj najsłabszą rolę w karierze, prezentuje się naprawdę przekonująco). Momentami irytuje, momentami fascynuje, ale samej postaci brak pazura i charakteru, dlatego też może sam finał filmu okazuje się w ogóle nieangażujący. Lex Luthor jest trochę ironiczny, ale cierpi na najcięższą chorobę filmowych czarnych charakterów, czyli brak tajemniczości. U Snydera jest też na co dzień znakomity Hans Zimmer i Junkie XL, który w ubiegłym roku zachwycił muzyką do Mad Maxa. W BatmanoSupermanie, temu w zasadzie idealnemu duetowi, coś nie wyszło i to „coś” działa bardzo destrukcyjnie na niektóry momenty filmu. Czasami muzyka idzie swoją drogą, a obraz podąża w totalnie innym kierunku. To świetny soundtrack, ale bez obrazu. 

Snyder nie jest Nolanem. Opowiadanie o Batmanie idzie mu naprawdę przeciętnie. Przez to cierpi również Superman, z którym już miał do czynienia, a jednocześnie w BatmanoSupermanie, sprawia wrażenie postaci zaniedbanej. Nawet ten nieszczęsny Ben Affleck, który do Christiana Bale'a – ostatniego Batmana – się nie umywa, to w roli Mrocznego Rycerza nie prezentuje się źle. Wręcz przeciwnie, jest znośny i ma w sobie co nieco z superbohatera. Oglądając Świt sprawiedliwości, ostatecznie tej sprawiedliwości nie doznajemy. Moi drodzy, czy sprawiedliwym jest zmarnowanie potencjału takich postaci i okrojenie ich w zasadzie do minimum? Odpowiedź pozostawiam Wam.




Foto: Warner Bros. Entertainment Inc.

Komentarze