Królowa electropopu? – recenzja płyty „BANG” Reni Jusis


Kiedy pojawiło się Bejbi Siter, w ciemno założyłem, że BANG będzie albumem szalonym, kolorowym, ale niekoniecznie jakoś szczególnie oryginalnym. Piosenka była chwytliwa, a teledysk idealnie wpisywał się w stylistykę, której na polskiej scenie muzycznej coraz więcej. Pojawiło się jednak pytanie. Czy Reni Jusis – dodajmy, polska ikona electropopu – mogłaby pójść muzyczną ścieżką, jaką obiera coraz więcej artystów, ciesząc się wciąż wzrastającą popularnością? Bejbi Siter mogłoby być tego potwierdzeniem. Siódmy album artystki, wydany po siedmiu latach przerwy, to płyta utrzymana w electropopie, ale jakby idąca wraz z samą Reni Jusis pod prąd trendom. BANG to prawdziwy tytułowy bang na polskiej scenie muzycznej. Płyta trudna, ale ocierająca się o doskonałość.

Po kilku latach muzycznej ciszy, Reni Jusis powróciła z bardzo wdzięcznym i uroczym Bejbi Siter, któremu nie można odmówić energiczności i pewnej mocy. Już podczas pierwszego spotkania z utworem, poczułem pewną tęsknotę i powoli zapełniającą się lukę, którą na siedem lat pozostawiła po sobie Reni Jusis na rynku muzycznym. Bejbi Siter to niestereotypowa piosenka, z nienachalnym wydźwiękiem feministycznym. Singiel promujący BANG możemy uznać za nieprzewidywalną, ale jakże potrzebną zmyłkę. Dzięki temu album wydaje się jeszcze lepszy. Ciekawszy. Niekonwencjonalny – o tak, przede wszystkim niekonwencjonalny. Samą płytę otwiera Zostaw wiadomość, które intryguje swoją drapieżnością. Po pierwszym razie, piosenka może przywoływać na myśl dokonania Doroty Masłowskiej występującej pod pseudonimem Mister D, ale nie – to wciąż pełna energii Reni Jusis. Zostaw wiadomość to uderzające otwarcie, niezwykle mocne i skuteczne porwanie widza oraz wrzucenie go w muzyczny wir. A później jest jeszcze ciekawiej. Ponad siedmiominutowy Kęs to niespodziewana ostoja spokoju na BANG, która uwodzi nastrojowością i swoją kameralnością. Sztorm brzmi jak bardzo ciekawy muzyczny eksperyment, który wywołuje tytułowy sztorm i zawieruchę myśli w naszych głowach, pozostając tam na długo. Bardzo długo. Jeszcze trudniejsze w odbiorze wydaje się Koniec Końców, które niepokoi nagłymi muzycznymi zwrotami, stając się najbardziej tajemniczym tytułem na albumie. 


Małym arcydziełem na BANG jest bez wątpienia Po kolana w mule. Piosenka o dość charakterystycznym tytule, to muzyczny manifest przeciw „miejskiej dżungli” (ekologia?). To nie tylko fenomen pod względem tekstowym, ale przede wszystkim muzyczny majstersztyk, który miażdży. Autentycznie miażdży. Jedyna anglojęzyczna piosenka na albumie, Y&Y to ciemniejsza strona Reni Jusis, która muzycznie odnalazłaby się na albumie niejednego czarnoskórego gangsta rapera (złote łańcuchy i pierścienie, te sprawy). Bilet wstępu to kolejne małe arcydzieło Reni Jusis, a słuchając ponad czterominutowego wywodu artystki, przed moimi oczami wciąż stoi jej postać wkładająca do ust i następnie wyciągająca z nich niezwykle kuszącego frytka z McDonalda w jednej z zapowiedzi płyty (patrz tutaj). To krótka, ale bardzo trafna opowieść o ludziach, „sztuce” i galeriach. Ostateczny eksperymentalny wybuch następuje jednak przy okazji Delty. Piosenka ewoluuje na naszych oczach, przeistaczając się z niezwykle ciekawej klimatycznej, okraszonej delikatną elektroniką kompozycji (szczególnie w zwrotkach), w ciężki, dubstepowy – kolejny już na tym albumie – nieprzewidywalny cios. Tytułowy bang za bangiem, moi drodzy. Największą niespodzianką jest jednak współpraca Reni Jusis z Kubą Karasiem. Zombie Świat jest kolejnym małym arcydziełem na płycie i w zasadzie najbardziej zapadającym w pamięci utworem z albumu. Jest mroczny i bardzo stonowany. Być może, określenie go niepokojącym, to za dużo powiedziane, ale mimo wszystko ma w sobie coś niejasnego i niejednoznacznego. Drugim wspólnym, że tak to pozwolę sobie określić, dzieckiem tej dwójki jest piosenka Na skróty tęczą, która świetnie odnalazłaby się na debiutanckim krążku The Dumplings, ale jest również świetnym zamknięciem różnorodnego BANG, na którym jest jedenaście piosenek i sam album te jedenaście razy skutecznie zaskakuje. Trochę przerażające, prawda? Sam Karaś udowadnia natomiast, że jest prawdziwym polskim muzycznym objawieniem, a ostatnio za cokolwiek się nie weźmie, tworzy same małe perełki (remixy Jest jedna rzecz i You Came Here zimowej mówią same za siebie). 

Po siedmiu latach ciszy, Reni Jusis zapukała do drzwi polskiego rynku muzycznego. Nie czekała nawet na to, czy ktokolwiek je otworzy. Weszła, powiedziała, że wraca i tym powrotem powaliła wszystkich, puszczając w zapomnienie praktycznie wszystkie ostatnie polskie płyty. Nie ma tutaj ponadczasowych hitów na miarę Zakręconej czy Kiedyś Cię znajdę… To album idący na przekór wszystkim, w swoją własną stronę. Obraną wcześniej przez Reni Jusis ścieżkę, która jest (tak bardzo potrzebnym!) powiewem świeżości na polskiej scenie muzycznej. Artystka nie patrzy na trendy. Powiedziałbym nawet, że na tej płycie bardzo szaleje, objawiając nam przy okazji swoją niezwykle dojrzałą artystyczną duszę. Powiedzieć, że jestem zachwycony to chyba za mało. Jestem zmiażdżony. Reni Jusis powaliła mnie na kolana, a ja sam klękam przed nią, jak przed królową. Królową polskiego electropopu. Samo BANG to zagadka. Piękna zagadka, popatrzcie nawet na tę wspaniałą okładkę. Czyżby najlepsza polska płyta tego roku? Wiele, bardzo wiele na to wskazuje. Właściwie to wszystko. 




Foto: wyspa.fm

Komentarze