(nie)Dobre, bo polskie!


Wiecie, co działo się w mojej głowie, kiedy zdałem sobie sprawę, że do spisania mojego wewnętrznego zbioru myśli, który kształtował się przez jakiś czas i ostatnio coraz bardziej dawał o sobie znać, zainspirowała mnie Marina? A właściwie to MaRina, pod którą kryje się tak naprawdę polska wokalistka Marina Łuczenko. Piosenkarka, która pojawiła się wraz ze świetnie przyjętym, jak sam tytuł wskazuje, bardzo popowym i prostym Glam Pop. Kilka lat później (dwa, trzy?) zadebiutowała krążkiem Hardbeat, który promował fenomenalny kawałek Electric Bass, do którego wciąż z wielką przyjemnością wracam. To był 2011 rok. Teraz – pięć lat później – trochę się zmieniło. Mariny nie było. Nie było jej muzyki. Przez moment nie było jej jako wokalistki, a wszystkie portale plotkarskie szybko doszyły jej metkę celebrytki i „byłej wokalistki”, na co sama, że tak to ujmę, oskarżona niejednokrotnie reagowała, oczywiście bezskutecznie. Po problemach zdrowotnych i ciszy, w trakcie której – jak sama twierdziła – spokojnie pracowała nad materiałem, wróciła. I? Fala hejtu. Najpotworniejszego hejtu.

Zaznaczam, tekst ten nie ma na celu obrony Mariny. Ta konkretna wokalistka jest po prostu najświeższym przykładem tego, nad czym chciałbym tutaj poubolewać. No więc, wróciła. Wydała singiel On My Way, promowany głośnymi nazwiskami producentów, którzy współpracowali z jeszcze głośniejszymi amerykańskimi gwiazdami. Pierwszy dzień. Fani czekający na nowy materiał, przyjmują nowy singiel, generalizując oczywiście, bardzo dobrze. On My Way to muzyka do jakiej przyzwyczaiła nas Marina. Dobra, popowa, komercyjna piosenka, nie tak bardzo przystępna w porównaniu do poprzednich singli wokalistki. Dzień drugi. Fala hejtu. Znowu padają te same nazwiska. Próbuje być Rihanną. Tania podróba Beyonce. Czekajmy kiedy padnie zarzut, że Marina jest równie piękna, co Ariana Grande i będzie to kolejny powód do hejtu (a zaraz za to porównanie spadnie fala hejtu na mnie, o nie!). Marina już zdążyła nas przyzwyczaić jedynie swoimi czterema singlami, że trzyma wysoki poziom realizacyjny. Nie wiem, czy światowy, ale na pewno też nie ten stereotypowo polski, do którego na co dzień jesteśmy przyzwyczajeni. Przypomnijmy sobie czasy, kiedy pojawiło się Glam Pop (pewnie nikt z Was nie pamięta, ale posłuchajcie i zobaczcie, naprawdę!). Ten teledysk, cała ta piosenka, dla mnie, uroczego dwunastolatka interesującego się radiową sieczką rodem z – jeszcze wtedy muzycznej – Vivy, wydawała się taka zachodnia (wtedy powiedziałbym: wow, jaka światowa Marina, taka amerykancka i w ogóle). I wiecie? Wciąż mi się taka wydaje. Od tamtego czasu wiele się zmieniło, pewne schematy zostały utarte przez zachodnie supergwiazdy, a muzyka komercyjna, która usilnie chce się sprzedać, coraz bardziej uderza w kontrowersyjne rewiry. Chociaż czy teraz jeszcze może być cokolwiek kontrowersyjnego? Mogą być to jedynie rzeczy totalnie niesmaczne, jak Anaconda Nicki Minaj. Ale wracając do Glam Pop, w swojej popowej stylistyce jest wciąż całkiem przyjemne i myślę, że gdyby tę piosenkę trochę „podrasować”, to nikt – kto tworzy oczywiście komercyjną muzykę – by się takiej piosenki na swoim albumie nie powstydził. Najbardziej „po zachodniemu” zrobiło się w przypadku Electric Bass, które wywarło na mnie ogromne wrażenie i to wrażenie po dzień dzisiejszy nie maleje. Mam wrażenie, że nikt wciąż nie stworzył równie niepolskiego teledysku. Tak mocno odbiegającego od naszych standardów (niektórzy wciąż nie mogą jej wybaczyć amerykańskiej flagi w samochodzie). Dlaczego więc spadła fala krytyki na On My Way


No właśnie, uderzając już w sedno tego, co mnie strasznie boli, w Polsce nie można zrobić czegoś na wzór zachodni. Bo nie. Bo nie wolno. Bo to podróba. Bo tutaj naśladuje ją. A tam ją. A tam jeszcze inną „ją”. Kiedyś, kilka lat temu, jakoś by to przeszło, jednak teraz na każdym kroku widzimy ikony. A w zasadzie ich podróby. Opierając się głównie na nowym singlu Mariny, stwierdzam, że nie można zrobić czegokolwiek stylizowanego na zachodnie standardy. Najgorsze jest jednak to, że On My Way stylizowane nie jest. To po prostu piosenka, która trzyma wysoki, zagraniczny poziom i temu nie da się zaprzeczyć, nawet jeżeli utwór i teledysk się nie podobają. Bo mogą i każdy ma prawo krytykować, w sposób konstruktywny oczywiście. On My Way to nie tylko bardzo dobrze zrobiona, niekoniecznie chwytliwa piosenka, ale przede wszystkim modny teledysk. Może nie różni się niczym od tych, które na co dzień otrzymujemy od zachodnich gwiazdek. Nie można jednak powiedzieć, że nie wyróżnia się na tle polskich teledysków, w których wciąż brakuje powiewu pewnej zachodniej mody, idealnie pokazanej w najnowszym video Mariny. On My Way to piosenka, która po prostu miała się sprzedać. To nie mogła być nieradiowa alternatywa, bo nie taki pomysł na swoją karierę ma Marina. Tym rządzi się komercyjny, radiowy pop i dziwię się, że niektórzy wciąż tego nie zauważyli, oczekując czegoś „swojego”. Komercyjna muzyka, szczególnie w Polsce, równa się pogoni za trendami, a że te trendy już na zachodzie były i przeszły (czego świetnym przykładem są ostatnie albumy wcześniej wspomnianych Rihanny i Beyonce), to czas najwyższy, byśmy również ten etap w muzyce komercyjnej mieli szybko za sobą. A nie da się ukryć, że polska muzyka nie jest na tyle mocna, by te trendy wyznaczać, mimo że na naszej scenie muzycznej można by wskazać wiele perełek, które powinny być znane również poza Polską.


 Przecież żadna zachodnia gwiazda nie pokazuje jaka jest śliczna i jaki ma ładny tyłek. No żadna.

Dając już spokój samej Marinie, warto przyjrzeć się Margaret, która najczęściej oskarżana jest o słaby głos i niezbyt dobre wykonania „na żywo”. Wprowadzając małą dygresję, myślę, że postrzeganie Mariny, która zniknęła na kilka lat, jest wywołane właśnie pojawieniem się Margaret, tworzącej muzykę pop, która odnalazłaby się w rozgłośniach radiowych w całej Europie i jest takim zachodnim promyczkiem na polskiej scenie muzycznej. Margaret zapełniła lukę, pozostawioną przez Marinę, którą za czasów Electric Bass można było za taki promyczek uznawać. Wróćmy jednak do Margaret. Wokalistki, która w pewnym czasie była wszędzie i miałem jej przesyt. Myślałem, że za niedługo pojawi się na opakowaniu stalowowolskiej śmietany, albo wyskoczy zza filara mojego osiedlowego sklepu i w rytmie Thank You Very Much zapyta, czy przypadkiem nie chciałbym się skusić na zakup świeżych pomidorów. Nie można jej jednak odmówić, że – wraz z zagranicznymi producentami – tworzy pop na najwyższym w Polsce poziomie. Szczęka mi opadła, kiedy dowiedziałem się, że Cool Me Down zostało wydane na całym świecie jako singiel. No właśnie, Cool Me Down, z którym wiąże się mała eurowizyjna klapa, ale również fala hejtu, że niby Panna Jamroży brzmi jak Rihanna. Znowu ta Rihanna. Dalibyście już jej spokój. Naprawdę. Przyznam, słychać pewne podobieństwo, ale żeby zaraz je wyrzucać? A niech nawet brzmi jak dziesięć klonów Rihanny. Spodobała mi się reakcja Margaret na ten zarzut, stwierdzając, że na najlepszych należy się wzorować. Inspirować się nimi i czerpać z ich twórczości. To brzmi trochę, jak odpowiedź na każdy hejt. Hejtem powinno być bardziej to, że nie mamy w Polsce żadnego komercyjnego artysty popowego, który byłby rozpoznawalny za granicami kraju. Tutaj chciałbym dodać, że trzymam kciuki za Margaret i za jej Cool Me Down, które – już na tak totalnym marginesie – jest bardzo dobra piosenką. Patrząc z perspektywy czasu, dobrze, że polskich preselekcji nie wygrała.

A tutaj początek teledysku jak u Jessie J. Jak ona mogła.

Pewnie sobie teraz myślicie, że jestem wielkim obrońcą Mariny i Margaret. Nie, nie jestem. Kilka lat temu, pewnie zawzięcie broniłbym obu Pań, jednak teraz nie obcuję z taką muzyką na co dzień. Przyglądam jej się, ale niekoniecznie jej słucham. Żadna z nich nie jest wybitna. Są fajne? Dobre, a nawet bardzo dobre, patrząc z perspektywy tego, co inne pseudokomercyjne gwiazdy z Polski mają do zaoferowania. Przyglądam się też hejterom, których moc z każdym kolejnym dniem rośnie. Teraz będzie trochę banalnie, ale to przykre, że w Polsce nie potrafimy docenić prób niektórych wokalistów, którzy starają się zawojować coś więcej, niż tylko polski rynek muzyczny. A nawet jeżeli nie zawojować, to chociaż próbują przebić się do szerszego grona odbiorców, szczególnie zagranicznych. By tak się stało, liczy się przede wszystkim zachodnie brzmienie, zachowanie pewnych trendów i przede wszystkim pokaźny oraz dobrze zrealizowany teledysk (teraz przed moimi oczami ubiegłoroczny wielki hit Naucz Mnie i ten strasznie tani teledysk, którego do teraz nie mogę przeboleć... samą piosenką w wersji angielskiej, spokojnie moglibyśmy się pochwalić w Europie). Wiem też, że żadna z nich – szczególnie Marina – świata nie zawojuje, ale – szczególnie Margaret – moglibyśmy się chwalić na arenie międzynarodowej. A my nie chwalimy się nikim. Na razie tylko narzekamy. Hejtujemy. Mówimy jak bardzo jest najgorzej. Dobrze, że chociaż trochę lepiej ma się w Polsce muzyka alternatywna. Może po prostu nie można mieć wszystkiego? Ponarzekałem sobie. Trochę mi lepiej. Od tego wreszcie są te blogowe bazgroły.


Foto: muzyka.interia.pl / materiały promocyjne

Komentarze