Rajska apokalipsa – recenzja filmu „High-Rise” (2015)


Nie widziałem High-Rise pośród najważniejszych premier tego roku. Wiem, mój błąd. Owszem, wiedziałem, że gdzieś i kiedyś powstał ten film. Słyszałem o kolejnej roli, uwielbianego przez kobiecą część publiczności, Toma Hiddlestona. Ale… no właśnie, tutaj pojawia się „ale”. Przeszedłem obok tego filmu dość obojętnie. I ta obojętność również towarzyszyła mi podczas wchodzenia na salę kinową, na którą – pamiętam jakby to było wczoraj – pobiegłem prosto po zajęciach zobaczyć przedpremierowo takie „coś”. To „coś” nie jest ani zwykłym filmem, ani arcydziełem, ale jednocześnie ma w sobie coś z małego dzieła. High-Rise, proszę Państwa, to jeden z najważniejszych tegorocznych tytułów. Już mówię dlaczego.

W poszukiwaniu spokoju i anonimowości doktor Robert Laing wprowadza się do luksusowego apartamentowca, który został zbudowany, aby zaspokajać wszelkie kaprysy londyńskiej elity. Szybko okazuje się jednak, że pozostali lokatorzy nie mają najmniejszego zamiaru zostawić go w spokoju. Mężczyzna staje się świadkiem i uczestnikiem niezdrowej rywalizacji, która opanowuje wszystkich mieszkańców. Stopniowo pełen przepychu, zakrapianych imprez i szalonych orgii raj zmienia się w prawdziwe piekło, a do uporządkowanego świata wkracza chaos, bezprawie i przemoc. Minie dużo czasu, zanim Robert Laing poczuje się tam jak u siebie. (opis dystrybutora)

Przenieśmy się myślami do pewnego miejsca. Wyobraź sobie futurystyczny apartamentowiec, który może Ci zastąpić właściwie cały świat. Wychodzisz z niego jedynie do pracy, a masz w nim supermarket, squasha, basen i inne rozrywki, które mogą zapełnić Ci cały wolny czas. W dodatku, twoimi jedynymi znajomymi są mieszkańcy owego apartamentowca, co już w ogóle zamyka Cię w przestrzeni budynku, a jedyny kontakt ze światem zewnętrznym, to ewentualnie wyjście w środku dnia na balkon (dodajmy, że w niektórych przypadkach balkon, na którym nie możesz się czuć bezpiecznie, bo ktoś z góry może Cię cały czas obserwować, albo zrzucić na Ciebie przykładowo butelkę szampana). Na pierwszy rzut oka, jest w tym trochę z utopii. Wielki wieżowiec, który ma właściwie wszystko, co do szczęścia człowiekowi potrzebne. Pozornie zadowalająca i wprowadzająca ład hierarchia, gdzie bogaci są na górze, a Ci biedniejsi na dole. I w końcu (trochę jednak niedopracowana) idealizacja całej przestrzeni, w której każdy mieszkaniec mieszka w podobnych miejscach, o identycznych kolorach ścian, co w pewnym stopniu zaciera, wcześniej delikatnie zarysowaną, różnicę klasową. Właśnie, ta „trochę niedopracowana” idealizacja doprowadza do podziału, o którym High-Rise bezpośrednio opowiada. Aż samo nasuwa się na usta, że nic nigdy nie jest idealne i tak samo w przypadku wielkiego wieżowca, utopia w jednej sekundzie przekształca się w antyutopię. Delikatny zarys różnic pomiędzy ludźmi, ewoluuje w bardzo drastyczny podział na gorszych (czyt. biednych biedaków mieszkających w mieszkaniach z jednym oknem) i tych lepszych (czyt. bogaczy), prowadząc do zakazów, bójek i nieludzkich zachowań. High-Rise oraz Ben Wheathley właściwie w sposób perfekcyjny spoglądają na postawę człowieka w obliczu zagrożenia, który w pewnym stopniu prowadzi do własnej autodestrukcji i przemienia się w krwiożerczą bestię, nieznającą granic. 


High-Rise poświęcony jest też w pewnym stopniu wyższości „tych lepszych”, o której nie tak dawno wspaniale śpiewała Maria Peszek na ostatnim Karabinie, strzelając prosto w głos nienawiści. Wheathley być może nie strzela tym swoim dziwnym filmowym tworem w pewne problemy aż tak bezpośrednio i dosadnie, ale tej całej – dodajmy niezwykle szalonej – narracji naprawdę nie brakuje dość krytycznego spojrzenia na człowieka i nasze współczesne życie. Uwierzcie, niemiło było zobaczyć, co się będzie z nami działo w sytuacjach beznadziejnych, a myślę, że nasze zachowanie dużo by się nie różniło od tego, które zaprezentował Wheathley. Patrząc na High-Rise jako na zwykły film, pozostawiając w tyle całą tę rajską apokalipsę, obraz ten jest dziełem niezwykle dziwacznym i w tej swojej dziwaczności naprawdę fascynującym i smacznym. Bo to niezwykle barwne dzieło. I tu paradoks – film niby szary, bo cały wieżowiec betonowy i ściany betonowe, ale cały jego koloryt opiera się na postaciach i przede wszystkim muzyce, która w niektórych momentach ratuje całokształt i wyciąga go z opresji. W sensie – możliwej monotonii, która ostatecznie w filmie się nie pojawia. 

I jest jeszcze Tom Hiddleston. Choć aktorsko film kradnie mu niezwykle charyzmatyczny Luke Evans, wszystkie fanki koniecznie powinny zobaczyć swojego ulubieńca nago i to jeszcze w dodatku na dużym, kinowym ekranie. Niech się cieszą, że mają taką szansę. Jak już mówiłem i z chęcią się powtórzę, sam High-Rise to jeden z najważniejszych filmów, które w tym roku pojawią się na ekranach polskich kin. Jest ładnie, tajemniczo i dość przykro. Tak, przykro przede wszystkim.



Foto: theguardian.com

Komentarze