Ukłon w stronę przeszłości – recenzja płyty „Revolving Door” Piotra Zioły


Po raz pierwszy Polacy usłyszeli jego głos, kiedy pojawił się w X Factorze i zachwycił publiczność oraz przede wszystkim jurorów swoją muzyczną dojrzałością (jako szesnastolatek!) i towarzyszącą jej oryginalnością, ostatecznie nie przechodząc kolejnych etapów talent show. Ponownie usłyszeliśmy o nim podczas ostatnich wakacji, gdy wraz z Rysami oraz Justyną Święs wydali fenomenalne Przyjmij Brak, czyli najlepszą polską piosenkę ubiegłego roku. Nie będę ukrywał, że jego Revolving Door to najbardziej oczekiwany przeze mnie tegoroczny debiut fonograficzny, który zapowiadały dwa świetne single – Podobny oraz W ciemno. Piotr Zioła, bo o nim i o jego debiutanckim albumie mowa w tej recenzji, to jednoczesny muzyczny powiew pewnej starodawności i oryginalności na polskiej scenie muzycznej. 

Revolving Door jest niezwykle stylowe. To pierwszy epitet, który przychodzi na myśl podczas słuchania debiutu Zioły, opisujący ten album w sposób właściwie idealny. Można go uznać za pewien ukłon w stronę muzycznych lat 50. czy 60. Bardzo estetyczny i gustowny powrót do przeszłości – muzycznych korzeni, o których współcześnie coraz ciszej. Revolving Door ma coś jeszcze – świetny i wystarczająco charakterystyczny głos Piotra Zioły, który powoduje, że każda piosenka na płycie staje się w pewnym stopniu wyjątkowa, a sam wokalista wydaje się niezastąpiony. Nikt inny Revolving Door nie mógłby zaśpiewać. Ktokolwiek by się tego nie podjął, byłaby to płyta inna i w przypadku tej inności również słabsza. Album otwiera niezwykle energiczne CFTCL, które już na samym początku świetnie definiuje, jaką płytą będzie debiut Piotra Zioły, a będzie płytą niezwykle wysmakowaną. Zamknięciem jest natomiast polskojęzyczna wersja CFTCL o intrygującym tytule Zapalniki, będąca jednocześnie duetem z charakterystyczną Natalią Przybysz, która swoją krótką partią kradnie głównemu bohaterowi całą piosenkę. Piosenkę spod znaku „duetu marzeń”, bo to pokaz dwóch wspaniałych barw głosowych, niewyobrażalnie charakterystyczny i pełen pazura. As I Meant to Be jest pierwszym zwolnieniem na płycie, będące klasyczną, dobrą balladą, sprawiającą czasami wrażenie trochę przestylizowanej. Następne Let It Go momentami buduje przed naszymi oczami obraz kameralnego klubu muzycznego, na scenie którego stoi Piotr Zioła i wraz ze swoimi muzykami wykonuje piosenkę, by później brzmieć niczym utwór grany przez amerykańską kapelę garażową (co jak najbardziej jest komplementem). Ponad pięciominutowe Amy to poruszająca ballada, którą porównałbym do dokonań największych muzycznych gigantów z lat 50. Ten piękny i wzruszający muzyczny hołd dla Amy Winehouse, co wnioskuję nie tylko z samego tekstu, ale również z powiązań tych dwóch artystów, idealnie odnalazłby się również na jej płycie i stałby ramię w ramię z jej najlepszymi utworami.


Tytułowa piosenka jest najbardziej klimatyczną pozycją na Revolving Door. Definiując właściwie cały debiut Piotra Zioły, przed naszymi oczami kreuje czarno-biały obraz z winylem, gramofonem oraz płynącą z niego muzyką, przy której romantycznie tańczą, wtedy jeszcze młodzi i pełni energii, nasi dziadkowie i babcie. Najlepszą anglojęzyczną piosenką jest natomiast Django, które klimatem przypomina ten z filmu Tarantino. Jest dziko, szaleńczo i westernowo, a w pewnym momencie piosenki wręcz nie da się wyrwać z pamięci. Największymi niespodziankami Revolving Door – jednocześnie tymi pozytywnymi oraz negatywnymi – są nowe aranżacje dotychczas znanych singli. Podobny na płycie zyskał więcej tajemniczości, a muzycznie wydaje się zarówno surowszy, jak i jeszcze bardziej porywający. W ciemno, natomiast, jest tą mniej pozytywną niespodzianką, którą doceniam, bo w tej aranżacji to wciąż dobra piosenka, ale jakby pozbawiona fascynującej energii i swojego wcześniejszego wdzięku. Na deser pozostawiłem sobie małe i niepozorne arcydzieło. Wspaniałe i przecudowne Safari, które oprócz mnóstwa uroku, jest przede wszystkim doskonałą i wzruszającą balladą. Perłą tej płyty.

Nie ujmując w żadnym stopniu piosenkom anglojęzycznym (przecież Django jest fenomenalne!), po polsku Piotr Zioła brzmi znacznie lepiej. Nie potrafię nawet tego jakoś sensownie uzasadnić. To po prostu takie prywatne spostrzeżenie, którym nie mógłbym się nie podzielić. Revolving Door to płyta, która kreuje obrazy. Ponure, najczęściej czarno-białe i piękne, bo piękny na tej płycie jest przede wszystkim ten klimat, w którym da się odczuć wpływy współczesnej oryginalności i jednocześnie muzycznych korzeni, zapomnianych ostatnio na polskiej scenie muzycznej. Debiut Piotra Zioły to wkroczenie na rynek muzyczny z bardzo odważnym materiałem. Innym i ciekawym, będącym na tyle charakterystycznym, by wystarczająco wyróżnić Revolving Door na tle tegorocznych płyt. Czyżby najlepszy polski debiut tego roku? Pożyjemy, zobaczymy, ale sądzę, że tak. 




Foto: muzyka.onet.pl

Komentarze