Artystyczna potyczka Brodki – recenzja płyty „Clashes”


Sześć lat przyszło nam czekać na następce Grandy, którą bez żadnych wątpliwości można ogłosić jedną z najlepszych polskich płyt, które kiedykolwiek ujrzały światło dzienne. Jej fenomen tkwił przede wszystkim w świeżości, jaką wprowadziła na polską scenę muzyczną, objawiając przy okazji zupełnie inną twarz Moniki Brodki. Twarz artystki, a nie tylko zwyciężczyni Idola, która tworzy lekki pop, którego chce się słuchać w polskich radiach. I wcale nie wartościuję. Uwielbiam Brodkę za wiele piosenek z tamtego okresu. Jednak Granda była pewnym zwrotem w karierze, który przyniósł nam płytę arcydzieło. Teraz – po tych długich sześciu latach – przyszedł czas na kolejny zwrot. Przyszedł czas na Clashes.

Sześć lat czekaliśmy na niespełna czterdziestominutową płytę. Zaskakujące ile w ciągu tych czterdziestu minut się dzieje nie tylko muzycznie, ale przede wszystkim pośród odbiorców. Należę do tych osób, które Clashes skreśliły właściwie od razu. Bo Horses. Piosenka, która wzbudziła we mnie tak wiele sprzecznych odczuć. Z jednej strony, wiedziałem, że mam do czynienia ze znakomitą kompozycją, która w pewien sposób fascynowała i intrygowała, a z drugiej – miałem nieodparte wrażenie, że całej piosence brakuje czegokolwiek wyrazistego. Horses w moim odbiorze było utworem na tyle przezroczystym, że w pewnym momencie zaginął pośród innych, niekoniecznie lepszych piosenek. Wyrazistości brakuje również całej płycie, ale patrząc na Clashes jako na niezwykle spójny całokształt, w jej braku tkwi potęga tego albumu. To płyta fascynująca, intrygująca, przepełniona klimatem tajemniczości, którym delikatnie pieści każdy z naszych zmysłów. Clashes rozpoczyna się od niezwykle kameralnego, w pewnym sensie niezwykle pociągającego utworu Mirror Mirror, który uwodzi nas niejednoznacznością. Doskonale znany wszystkim singiel Horses, świetnie brzmiał na przedpremierowym koncercie w Krakowie. Idealnie brzmi również na płycie, w obliczu której docenia się jego fenomen. Horses to przede wszystkim przeszywające zwrotki i uwalniające ich emocje refreny. Kolejne Santa Muerte to świetna muzyczna kompozycja. Niezwykle mroczna i wzbudzająca poczucie niepokoju. Co ciekawe, na koncercie, w odróżnieniu od pierwszego singla z Clashes, piosenka nie zabrzmiała zbyt efektownie, mimo że to piosenka znacznie lepsza od Horses. Can't Wait for War to niezwykle patetyczny utwór, który uderza od samego początku swoim iście wojennym klimatem i intryguje swoją niekonwencjonalnością. Tak, to bardzo ponury album. Wręcz czarny. Momentami twardy jak kamień.


Brzmiące folkowo w zwrotkach, Holy Holes w refrenach emanuje niejednoznacznością, a samą piosenkę bardzo ciężko zakwalifikować do jakiegokolwiek z gatunków. Brodka wybija się poza ramy. Eksperymentuje z brzmieniem, ale w odróżnieniu od wielu artystów, robi to w sposób niezwykle przemyślany. Haiti, w którym króluje orientalny motyw przewodni, ewoluuje, stając się największą muzyczną zagadką Clashes. Powiewem śmierci na albumie jest Funeral, w którym obok przeszywających organów, słychać również fenomenalny wokal Brodki, który niekiedy można byłoby postawić obok ikonicznej Björk. Funeral to najbardziej ponury utwór na Clashes, z którego wręcz wypływa poczucie grozy i – szczególnie w refrenach – miażdżącego niepokoju. Najlepsze na albumie, Up In the Hill klimatem przywodzi na myśl garażowe granie w najlepszym wydaniu, niepozbawione ducha buntownika. Tym utworem Brodka wspina się na wyżyny, a pełna klasy gitarowa piosenka jest jedną z najlepszych piosenek w karierze artystki. Prawdziwą petardą jest My Name is Youth, które kończy się w sposób bestialski, zostając urwane w najbardziej nieoczekiwanym momencie (aż chciałoby się powiedzieć, urwane niczym krakowski hejnał). Kolejne Kylie bawi się naszymi zmysłami, porywając nas do innego świata, a późniejszy Hamlet to bardzo smutna kompozycja, która świetnie odnalazłaby się w soundtracku filmowej adaptacji tytułowej sztuki. Album zamyka spokojne dreamstreamextream, które wieńczy Clashes, wyciszając pod koniec emocje niesamowitym wokalem Brodki.

Tak, to bardzo mroczny album. Może depresyjny to za wiele powiedziane, ale od Clashes aż biją bardzo stłumione emocje. Stłumiony wydaje się również cały album, intrygując przy tym swoją szarością. I nawet nieco żywsze, ale wciąż równie klimatyczne My Name Is Youth oraz Up In the Hill nie zmienią odbioru całości. Co więcej, całości doskonałej, która niekiedy wzbudza w odbiorcy lęk, zachwycając jednocześnie swoją nadzwyczajnością. Już dawno nie było albumu tak bardzo spójnego. Clashes to płyta, która ujawni, kto tak naprawdę jest fanem twórczości Brodki, a kto jest fanem Grandy. Jeżeli Clashes jest muzycznym eksperymentem, wyszedł on naprawdę świetnie. Jeżeli to w pełni zaplanowany i przemyślany pomysł Brodki, powiem, że jest prawdziwym wirtuozem na polskiej scenie muzyki rozrywkowej. Być może – wnioskując z tytułu – Clashes było właśnie taką wewnętrzną artystyczną potyczką Brodki, w trakcie której powstała tak znakomita płyta.



Foto: Glamour.pl

Komentarze