#OFFCamera2016 – recenzje filmów „Kalifornia”, „Proces”, „Fursonas”, „Green Room”


NETIA OFF Camera 2016 za nami. Podczas dziesięciu dni festiwalu udało mi się zobaczyć dwadzieścia filmów. Mało? Dużo? Nie mnie to oceniać, choć jak na mój pierwszy raz z jakimkolwiek festiwalem filmowym, jestem z siebie naprawdę zadowolony, że w tym filmowym maratonie udało mi się wytrwać. Nadszedł czas, byście mogli o festiwalowych filmach przeczytać również na blogu. Przed Wami Kalifornia, czyli tytuł z Konkursu Głównego, dokument Fursonas, przypadkowo obejrzany Proces i zaskakujący horror Green Room.


Sen o Kalifornii – recenzja filmu „Kalifornia” (2016) 

Akcja pełnometrażowego debiutu fabularnego brazylijskiej reżyserki Mariny Person rozgrywa się w 1984 roku w São Paulo. Przepełniony muzyką popularnych wówczas, a kultowych już dziś kapeli, w rodzaju Joy Division i The Cure, film pokazuje dojrzewanie głównej bohaterki, siedemnastoletniej Estelii (rewelacyjna i pełna młodzieńczej energii Clara Gallo). Dziewczyna, wraz z dwoma wiernymi koleżankami, przeżywa pierwsze miłosne wzloty i upadki, słucha ulubionych zespołów i chadza na licealne imprezy. Przede wszystkim jednak w napięciu czeka na obiecany przez surowego ojca urodzinowy prezent – wyjazd do mitycznej Kalifornii, w odwiedziny do ukochanego wujka Carlosa, dziennikarza muzycznego. Słoneczna amerykańska kraina staje się tutaj rodzajem „nastoletniego, obiecanego raju”, podczas gdy Person subtelnie ukazuje zmieniający się w kraju polityczny klimat i odsłania niewygodne społecznie tematy. Kalifornia to nie tylko przepełniona nostalgią za dawną modą, muzyką i estetyką komedia obyczajowa o dorastaniu, doskonale odtwarzająca realia epoki, ale delikatny portret pewnej dziewczyny, której przyszło żyć w ważnym historycznie momencie i doświadczyć wielkiego rozczarowania. (opis festiwalowy)

Kalifornia to taka dość przykra niespodzianka. O ile pozostałe filmy z Konkursu Głównego festiwalu NETIA OFF Camera sprawiały chociaż wrażenie ciekawych i choć w małym stopniu angażujących, tak debiut fabularny Mariny Person, praktycznie nie pozostawiał żadnych złudzeń. Kalifornia to jeden z najsłabszych filmów prezentowanych na festiwalu. Opowiada historię dziewczyny, która marzy o wyjeździe do tytułowej Kalifornii, a jednocześnie styka się z pierwszymi życiowymi problemami, pojawiającymi się, oczywiście, podczas dorastania i stawania się kobietą. Person porusza przy tym wiele wątków – pierwszej miłości, niespełnionych marzeń, chęci utraty dziewictwa, idąc przez temat zaborczego ojca, po homoseksualizm. Debiutująca reżyserka nie udźwignęła siły swojego filmu, którego – tak zupełnie na marginesie – nie ogląda się źle. Po prostu pozostawia wciąż nieznośne wrażenie niekonkretności. Bo Kalifornia Mariny Person jest właśnie niekonkretnym filmowym tworem, w którym reżyserka szarżuje tematami, bardziej się nimi chwaląc i próbując pozytywnie wartościować za ich pośrednictwem swój film, niż tworząc dzięki nim historię, którą będzie można identyfikować choć z jednym spośród poruszanych wątków. Kalifornia to taki trochę film o wszystkim i o niczym. Praca reżyserki przypomina trochę główną bohaterkę, która sama nie wie, czego tak naprawdę chce i czego wymaga od innych. Obojętność, pustka i brak jakichkolwiek wspomnień. A przy takiej tematyce, to powinny być równie piękne wspomnienia, co tytułowa wymarzona Kalifornia.



Winny? – recenzja filmu „Proces” (2014)

Narayan Kamble rankami uczy geografii, a popołudniami za pośrednictwem zaangażowanych pieśni nawołuje pozostających poza nawiasem społeczeństwa mieszkańców bombajskich slumsów do tego, by „wreszcie poznali swojego wroga” i powstali przeciwko opresji. Do czasu, kiedy w samym środku występu zostaje aresztowany pod zarzutem… nakłaniania do samobójstwa. Chaitanya Tamhane, dotychczas znany głównie jako dramaturg, debiutuje w kinie, i to od razu na własnych zasadach. Jego dramat proceduralny nie ma nic wspólnego z Jackiem Nicholsonem wykrzykującym: „Nie zniósłbyś prawdy!”. Nikt nie wygłasza tu płomiennych przemów, a kluczowe dowody nie materializują się nagle w ostatniej chwili. Za to sędzia może odmówić wysłuchania powódki, bo pozwoliła sobie założyć top bez rękawów. Tamhane nie stara się koloryzować rzeczywistości jaskrawymi barwami Bollywood. Na wzór Emila Zoli woła „Oskarżam…!” i… wini cały system, który jedną nogą ciągle jeszcze tkwi w XIX wieku. (opis festiwalowy)

Proces to jeden z tych filmów, których seansów przed Festiwalem raczej nie brałem pod uwagę. Tak, nie planowałem, ale lukę pomiędzy seansami trzeba było czymś zapełnić, a że nadarzyła się okazja, by zapełnić ją tym tytułem, pomyślałem: dlaczego nie? Proces jest kameralnym, ale niezwykle fascynującym zobrazowaniem indyjskiego sądownictwa. Dominujących w nim schematów. Ludzkich przekonań, którymi niekiedy od razu spisują drugiego człowieka na straty. I – to chyba powinno zostać wymienione w tym przypadku jako pierwsze – niedokładności sądu, który odracza sprawę, a ta ciągnąć się może nawet latami. W zasadzie największy atut filmu, ostatecznie zaczyna działać na jego niekorzyść, a odraczana sprawa wzbudza w widzach irytującą niecierpliwość. Nie zmienia to jednak faktu, że Proces bardzo dobrze się ogląda. Ogląda się go z nadzieją, że wszystko się wyjaśni, a sprawiedliwości stanie się zadość. Bo choć kibicujemy głównemu oskarżonemu, domyślając się jego niewinności, tak naprawdę nie wiemy, czy zarzucane mu czyny nie są prawdziwe, czy wręcz przeciwnie. Proces to porządny dramat sądowy i jeden z ciekawszych tytułów na OFF Camera.




Zwierzakowe fascynacje – recenzja filmu „Fursonas” (2016)

Dokument Dominica Rodrigueza skupia się na mało znanej w Polsce subkulturze tzw. futrzaków – dorosłych ludzi, którzy czerpią przyjemność z przebierania się w pluszowe stroje ulubionych zwierząt i postaci z kreskówek oraz zachowywania się odpowiedni dla nich sposób. Ten szczególny styl życia i spędzania wolnego czasu, a zwłaszcza medialna niechęć, z jaką często spotyka się wspomniana społeczność, sprawiły, że jej członkowie unikają z reguły rozgłosu. Rodriguezowi, który sam podziela pasję futrzaków, udało się jednak nie tylko porozmawiać z czołowymi postaciami z tego kręgu, ale również ukazać jego fascynującą społeczną i kulturową dynamikę. Zwracając uwagę na „wielki temat tabu” – zamiłowanie do futrzanych strojów i jego związki z seksualną i erotyczną sferą, reżyser zastanawia się nad obyczajowym uwikłaniem subkultury w sztywne normy zachowań i szereg zakazów wokół cielesności. Równocześnie widzowie zostają wciągnięci w specyficzny świat, pełen podziałów, wzajemnej wrogości i pretensji, jaką pałają do siebie poszczególni przedstawiciele futrzaków – ludzi, którzy bez wątpienia dla swego niecodziennego zainteresowania i pasji są skłonni poświęcić i oddać wiele. (opis festiwalowy)

Dokument. To słowo, które – w przypadku filmów oczywiście – działa na mnie troszeczkę odstraszająco (chociaż kiedy muszę udać się do jakiegoś urzędu/banku, uwierzcie, też nie pałam optymizmem). No chyba, że mówimy o takich dokumentach jak Janis czy Amy. O dokumentach, które opowiadają o osobach inspirujących. Ciężko powiedzieć, czy Fursonas o takich opowiada, ale ludzie przebierający się za zwierzęta, czerpiący z tego przyjemność, brzmi niezwykle ekscytująco. Choć Fursonas ekscytującym dokumentem nie jest, to intryguje na pewno nietuzinkowym tematem. Niecodziennie doświadczasz życia ludzi, którzy przebierają się za zwierzęta i utożsamiają się z nimi. Właściwie to oni stanowią sukces tego dokumentu, który ostatecznie nie wzbudza fascynacji nowo poznaną grupą, jakiej moglibyśmy oczekiwać (a ja na przykład tego zaciekawienia oczekiwałem). Po filmie w głowie pozostało mi jedynie przekonanie, że to ciekawi ludzie. Pozytywni, mający swoje problemy nie tylko w życiu, ale i w zgromadzeniu Futrzaków. Ale czy chciałbym bliżej poznać ich historię? Po filmie raczej nie. Fursonas to dokument atrakcyjny jedynie dzięki swojej tematyce. Poza tym, nic więcej tutaj nie znajdziecie.



Koncert krwi – recenzja filmu „Green Room” (2015) 

Najnowszy film Jeremy’ego Saulniera, twórcy głośnego „Blue Ruin”, to wybuchowa mieszanka thrillera psychologicznego, filmu sensacyjnego i horroru spod znaku „gore”. Członkowie punkowej kapeli zostają porwani przez odwiecznych wrogów - neonazistów. Główni bohaterowie grają w podrzędnych małych klubach, z trudem wiążąc koniec z końcem. Nic więc dziwnego, że gdy pojawia się dość lukratywna propozycja występu w podejrzanej knajpie w środku lasu, w stanie Oregon, muzycy bez wahania decydują się z niej skorzystać. Na miejscu okazuje się, że znaleźli się w samym centrum minifestiwalu dla neonazistów, a tuż po zejściu ze sceny, w wyniku morderczego zbiegu okoliczności, muzycy zostają uwięzieni w tytułowym zielonym pokoju, na zapleczach przerażającego baru. W tym momencie rozpoczyna się krwawa i pełna logistycznych pułapek walka o przetrwanie, gdzie bohaterowie, by opuścić zamknięte pomieszczenie, będą musieli pokonać przeszkody zastawione przez lidera faszystowskiego gangu. Reżyser wykorzystuje odwieczny konflikt pomiędzy dwoma wrogimi sobie subkulturami nie tyle po to, żeby dotrzeć do jego podłoża, ale raczej wciągnąć widzów w zatrważającą i pełną napięcia fabułę, doprawioną energetyczną muzyką, czerpiąc garściami z obu estetyk – neonazistowskiej i punk rockowej. (opis festiwalowy)

Jakikolwiek by nie był Green Room (a jest naprawdę niezły!), zawsze ten film będzie mi się kojarzył z seansem, na którym w jednej sali z Kubą Karasiem z The Dumplings oglądałem horror. Można powiedzieć nawet, że horror gore. Krwisty, pełen napięcia i niepokoju. Green Room może nie porywa muzyczną historią, ale intryguje klaustrofobicznym klimatem. Zamknięci w jednym pomieszczeniu (niczym w oscarowym Pokoju, w trochę drastyczniejszym wydaniu), główni bohaterowie znajdują się właściwie w sytuacji bez wyjścia. Jakiegokolwiek kroku by nie podjęli, ktoś zapewne zginie, a istnieje nawet prawdopodobieństwo, że walki o przetrwanie nikt nie przeżyje. Green Room to bardzo energiczna rozrywka, podana w dodatku w całkiem niezłym stylu. Oglądało się dobrze, mimo że temu wszystkiemu, co działo się na ekranie, towarzyszyło jednak odczucie okropnego niesmaku. Fani horrorów gore – jeżeli jeszcze tego nie zrobili – powinni zwrócić uwagę na Green Room, który był jedną z najfajniejszych festiwalowych niespodzianek. Szósteczka z małym serduchem.




Foto: offcamera.pl

Komentarze