Bo musiałem na studiach oglądać seriale...


Wakacje. Tak długo na nie czekałem. Z całym szacunkiem dla mojego kierunku, od końca maja przeżywałem już mały wstręt do wszystkiego, co z literaturą i moimi studiami związane. Owszem, pojawiały się małe przebłyski, jak kręcenie filmu zaliczeniowego, który nie tylko sprawił mi mnóstwo frajdy, ale przede wszystkim był wspaniałym doświadczeniem. Pojawiła się też praca z zajęć z kultury kulinarnej, w której analizowałem jedzenie we współczesnych polskich filmach fabularnych, dochodząc ostatecznie do trochę przykrego wniosku. Największym wyzwaniem były jednak dla mnie zajęcia… no właśnie, zajęcia z kultury serialowej. Jedni narzekają na zajęcia z logiki, inni nie mogą przebrnąć przez kolejne ustawy, następni błądzą w obliczeniach, które nie mieszczą się nawet w mojej głowie, a dla mnie największym wyzwaniem były zajęcia, na których musiałem oglądać seriale. To właśnie o nich będzie dzisiaj. O tym – dla Was zapewne śmiesznym – wyzwaniu.

Jeżeli śledzicie bloga od jakiegoś czasu, zdążyliście na pewno zauważyć, że miejsca na seriale tutaj niewiele. Bo autorem jestem ja – nieserialowy Paweł, który seriali nigdy nie oglądał i wciąż nie ogląda. Cofnijmy się pamięcią do lutego, kiedy po raz pierwszy trafiłem na zajęcia z seriali. Prowadzący – szczególnie na studiach kulturoznawczych – lubią się pytać o gusta studentów. Co oglądają. Co lubią. Czego w danym obrębie sztuki szukają. Czego szukam w serialach? Najpierw powinno paść w ogóle pytanie, jakie seriale oglądam. A nie, jeszcze wcześniej czy w ogóle je oglądam. Osoba, która śledzi na bieżąco odcinki Barw szczęścia, na takich zajęciach niestety nie ma się czym pochwalić. Pierwsze pytanie – czy jest ktoś, kto nie ogląda seriali? Jest Paweł. Zgłaszam się. Odpowiadam. A Pani prowadząca naprawdę myśli, że ja żartuje i śmie wątpić w sam fakt, że seriali nie oglądam, bo nie lubię. Przecież teraz seriale oglądają wszyscy. Po pierwszych zajęciach patrzyłem na bardzo poważnie brzmiącą kulturę serialową jako na coś, co mnie w tym semestrze pogrąży, a ja utonę w kolejnych odcinkach kolejnych seriali. Ale z nadzieją powtarzałem sobie – oglądam Barwy szczęścia, będą oglądał i te ambitniejsze seriale. 

Jeżeli początek mojej przygody z kulturą serialową wydał Wam się trochę śmieszny, uwierzcie, że dla mnie nie było w nim nic śmiesznego. Najpierw przyszła kolej na Twin Peaks, przez które przebrnąłem z mękami. I te męki wcale nie wynikały z samego faktu, że serial jest zły. Wręcz przeciwnie, Twin Peaks jest świetne, tylko za jakie grzechy muszę oglądać trzydzieści odcinków serialu. I choć kolejne seriale jak Detektyw, The Affair (chyba najlepszy spośród seriali, które oglądaliśmy na tych zajęciach) czy Mr Robot tych odcinków mają mniej, nieważne czy musiałem obejrzeć osiem czy trzydzieści – to wciąż były odcinki. Całość rozciągnięta na kilka długich godzin, a nie zamknięta w skromnych dwóch jak większość filmów. 

 Don't you like tv-series?

Kulturę serialową skończyłem z oceną bardzo dobrą, ale seriali dalej nie oglądam. Nawet się nie spodziewałem, że zacznę je oglądać. Najlepszym, co wyniosłem z tych zajęć jest to, że dowiedziałem się dlaczego z serialami jest mi tak bardzo nie po drodze. Bo ja przede wszystkim seriali nie przeżywam. One mnie ciekawią. Utożsamiam się z bohaterami. Chłonę wszystkie emocje. Ale jednocześnie nie potrafię działać jak prawdziwi fani. Obejrzałem serial to obejrzałem, ale nie czuję potrzeby, by o serialu czytać czy nawet o nim rozmyślać. Nie muszę rozmawiać o nich ze znajomymi, a i wymiany zdań na temat kolejnych odcinków pomiędzy blogerami jakoś przewijają mi się na tablicach portalów społecznościowych, ale nijak mnie ciekawią. No i właśnie, te odcinki, przez które przedzieram się jak przez kolejne rozdziały książki. Odcinki, przez które poznaję wciąż tę samą historię i ona się ciągnie. I ciągnie. I ciągnie. I wciąż Ci sami bohaterowie. I niby pojawiają się nowe wątki, ale ten główny wciąż jakby ten sam. Bo przede wszystkim ja nie mam takiej cierpliwości, by seriale oglądać. By czekać na kolejne sezony i jednocześnie o nich wciąż pamiętać. Od razu przypominam sobie moje wrażenia po pierwszym sezonie serialu Spojrzenia, kiedy tak bardzo nie mogłem się doczekać kontynuacji, po czym przez sezon drugi brnąłem tak długo, że skończyłem go kilka miesięcy po premierze. Seriale nie są dla mnie i nigdy nie będą, a zajęcia z seriali na studiach tylko mnie w tym utwierdziły. I choć były to jedne z najlepszych ćwiczeń w semestrze letnim, to swojego zdania o serialach nie zmieniam, z małą nadzieją czekając na taki, który porwie mnie na tyle, by czekać z wypiekami na twarzach na kolejne odcinki. O, może Dolan strzeli jakiś serial?


Foto: nocookie.net

Komentarze