Kto z kim przestaje, takim się staje – recenzja filmu „Pręgi”


Kiedy ma się takiego ojca, jakiego ma filmowy Wojtek, ciężko uniknąć mnożących się problemów. Brak poczucia bezpieczeństwa w domu. Zło zwalczane jeszcze większym złem. Problemy z ludźmi, którzy osądzają, ale niczego nie dostrzegają. Już niejedna osoba wielokrotnie stwierdziła, że Pręgi to jeden z najlepszych polskich filmów wszech czasów. Od siebie chciałbym jednak dodać, jak bardzo ten film jest ważny i jak mało się o nim, niestety, mówi w kwestii najlepszych polskich filmów. Pręgi to kino wręcz depresyjne. Powolne, stylistycznie stłumione, ale bardzo mocno uderzające w odbiorcę emocjami. Szczególnie tymi negatywnymi.

Pręgi to współczesny dramat psychologiczny opowiadający o dojrzewaniu do ojcostwa, a także o tym, jak dzieciństwo determinuje nasze dorosłe życie. Bohaterem filmu jest trzydziestoletni Wojciech, mężczyzna ambitny i samodzielny, a jednak izolujący się od świata i ludzi. Wychowany w dzieciństwie przez sadystycznego ojca, notorycznie bity, zbudował mur. Życie wypełnia mu chodzenie po jaskiniach i pisanie tekstów do gazet. W oczach rówieśników, kolegów z bazy, jest silny, bezkompromisowy, cyniczny. W głębi duszy to wrażliwiec, który cały czas ucieka. Żyje sam, bo tak łatwiej i bezpieczniej. Nie ma miłości, nie ma rodziny, a więc zagrożenia, ze mógłby powielić błędy własnego ojca i stać się dla swoich dzieci taki sam, jak jego ojciec dla niego. I nawet gdy ta miłość się pojawia, Wojciech broni się... Bo w każdym lustrze, w które spogląda, widzi twarz swojego ojca... (opis dystrybutora)
Znane polskie przysłowie, które nieprzypadkowo znalazło się w tytule tego tekstu, idealnie obrazuje problem głównego bohatera – nieumiejętność odcięcia się od swojej przeszłości. Przeszłości, którą rozumiem w tym przypadku jako nie tylko zdarzenia, które kształtowały późniejszego dorosłego Wojciecha, ale przede wszystkim zachowania i wzorce, których główny bohater brzydził się jako dziecko. Sprzeciwiał się bezwzględności swojego ojca, jego tyranii, a później przejął jego zachowania, od których sam uciekał. Teraz, tak jak on, nie ma żadnego przyjaciela. Żyje w totalnej samotności, nawet w ramach pracy odosobniając się od znajomych, spędzając w pojedynkę godziny w górskich szczelinach. Martwiące i chyba najmocniejsze w Pręgach jest bardzo jasne zasygnalizowanie, że od wzorców narzuconych przez dom ciężko uciec. To właśnie to „kto z kim przestaje, takim się staje” odnosi się do nas – przypadkowych innych Wojtków – i naszego domu, z którym – czy tego tak naprawdę chcemy, czy też nie – na zawsze zostaniemy połączeni. Choć Pręgi pozostawiają pod koniec malutki cień nadziei, że może być jednak inaczej i przy okazji lepiej (fenomenalna ostatnia scena, na której miałem ciarki na całym ciele), to sam problem postawiony przez twórców, przez niespełna półtorej godziny, wypruwa nas ze wszelkich pozytywnych emocji, uderzając w nas szarością życia i świata. Niemożliwym jest pozostanie obojętnym na życie i los głównego bohatera. Patrząc przez pryzmat jego problemu, w cieniu pozostaje nawet bardzo specyficzny i niejednoznaczny wątek miłosny, który wreszcie jest uzupełnieniem całej historii, a sprawia jednak momentami wrażenie czegoś zupełnie zbytecznego.


Zanim jeszcze Michał Żebrowski stał się doktorem Falkowiczem z Na dobre i na złe, tworzył takie fenomenalne kreacje jak właśnie ta z filmu Pręgi. Wojciech to bardzo twardy mężczyzna. Do złudzenia przypominający swojego ojca. Kamienna twarz. Brak miejsca na jakiekolwiek uczucia. I ponownie – bezwzględność. Można właściwie powiedzieć, że Żebrowski wraz z Janem Fryczem, który wcielił się w ojca Wojtka, grają jedną i tę samą postać, tylko o innym imieniu i żyjącą w innych czasach. Frycz, nagrodzony zresztą za swoją rolę Orłem dla najlepszego aktora drugoplanowego, wybitnie dozuje emocje, stając się nieprzewidywalnym nie tylko dla swojego filmowego syna, ale przede wszystkim dla widzów. Natomiast, rola Wacława Adamczyka, który wcielił się w młodego Wojtka, to jedna z najciekawszych ról dziecięcych w polskim kinie. Szkoda, że słuch o chłopaku zaginął jeszcze szybciej, niż udało nam się go poznać jako aktora. 

Pręgi bardzo mocno mnie ruszyły i nie mam najmniejszego zamiaru tego ukrywać. To przerażająco smutny film. Można mu zarzucić, że sama Tania jako postać jest trochę oderwana od filmowego świata i jej przesadna otwartość gryzie się z całym filmem, ale warto też zauważyć, że jej życie rodzinne do najpiękniejszych również nie należy. To mocny i solidny dramat. O życiu. Tak po prostu.

Komentarze