Bo do szczęścia potrzeba kiełbasy – recenzja filmu „Sausage Party” (2016)


Sausage Party to totalne odmóżdżenie. Jeden z tych filmów, które na niespełna półtorej godziny wydzierają twój mózg z głowy, uderzają nim o pobliską ścianę, a ty z pustym łbem je oglądasz i jeszcze w dodatku świetnie się bawisz. 

Animacja dla dorosłych. Mnóstwo zbereźnego humoru i finalna jedzeniowa orgia. To tak w dwóch zdaniach o Sausage Party. Bajce, która jest zarówno ładna i wizualnie urocza jak najlepsze animacje dla najmłodszych oraz bezczelna niczym najbardziej zbereźne amerykańskie komedie prezentujące humor – nie oszukujmy się – nie najwyższych lotów. Otóż wyczujmy powagę sytuacji. Jedzenie w supermarkecie czeka na swoją kolej, by trafić do swojej ziemi obiecanej. Z tą różnicą, że tutaj ziemią obiecaną jest zwykła kuchnia, a bogiem każdy pojedynczy człowiek. Kiedy już kiełbasa i bułka do hot-dogów liczą na swoje wspólne szczęście w raju, wypadają z koszyka i ich pierwsza i jedyna miłość zostaje poddana ciężkiej próbie. Teraz nie trzeba już chyba dodawać, że Sausage Party to film, w którym niemożliwe staje się możliwe, a sama bajka okazuje się czymś, o wymyślenie czego nie podejrzewalibyśmy chyba nikogo. Ale ktoś to wymyślił i zrobił nam wszystkim dobrze. Bardzo dobrze. 


Sausage Party to bezsprzecznie najbardziej szalony tegoroczny film, któremu nie brakuje dozy naiwności i pewnych trochę głupich rozwiązań. Ale to bardzo odważna animacja, w której bawi przede wszystkim sposób przedstawienia bohaterów, pozostawiając właściwie w tle lecące w stronę widzów nie zawsze udane żarty. Już dwójka tytułowych bohaterów budzi niejedno skojarzenie, nie mówiąc już o samym ich zobrazowaniu. Całe show kiełbasce i niewypełnionej nigdy bułce od hot-doga kradnie jednak zakochana w niej lesbijka-taco Teresa, świetnie zdubbingowana przez Salmę Hayek, która zachwyca się ponętnymi kształtami okrągłej z każdej strony buły. Tak, Sausage Party to szalony film. Z cyklu „na własną odpowiedzialność”. Pełen podtekstów. Pełen żartów o seksie. I ostatecznie samego seksu. Prawdziwe food porn. 

Po seansie Sausage Party już nigdy tak samo nie spojrzycie na jedzenie. Już nigdy nie będziecie do końca pewni czy wasza eko marchewka nie zabawia się nocą z niezdrowym słoikiem ze smalcem na jednej z półek w Waszej lodówce. Już nigdy nie będziecie brutalnie obierać jabłek. I choć dość wkurzający koniec mówi, że to tylko bezczelna bajka, pewien uraz zostaje. 

Komentarze