Jak zniszczyć swoje małżeństwo – recenzja filmu „Kamper” (2016)


Kiedy słyszysz na około, że idziesz na film, który opowiada o męskiej niedojrzałości, tej niedojrzałości się spodziewasz. Zdziwienie pojawia się, kiedy główny bohater wcale nie wydaje Ci się taki szalenie niedojrzały, a problematyka tego filmu zaczyna dotykać zupełnie innego problemu.

Co może zniszczyć małżeństwo? Dodajmy, młode małżeństwo z małym stażem. Zdrada. Niespełnienie osobiste zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym. Niedojrzałość, której notabene tutaj naprawdę niewiele. Kamper – debiut Łukasza Grzegorzka – obrazuje stopniowe rozsypywanie się młodego małżeństwa tytułowego Kampera (świetny Piotr Żurawski i jego messy hair) i Mani (bardzo dobra Marta Nieradkiewicz!), którzy – jak to pięknie głosi jeden z polskich portalów filmowych – muszą się zastanowić, czy chcą zrobić kolejny krok razem czy osobno. Jako film o młodym małżeństwie, które zaczyna borykać się z problemami, Kamper jak najbardziej spełnia wszystkie oczekiwania. To przede wszystkim bardzo trafny obraz zdrady oraz nieumiejętności poradzenia sobie z nią w sposób dojrzały, jak na dorosłego człowieka przystało. Bo przenoszenie na własne życie znanego przysłowia o Kubie i Bogu, na pewno dojrzałym nazwać nie można. 


Problematyczny staje się jednak wątek samej niedojrzałości, która w Kamperze wydawała mi się kluczowa, a jednocześnie miałem wrażenie, że była jakby obok całej historii, stając się jedynie do niej dodatkiem. Owszem, cały problem radzenia sobie ze zdradą zahacza o niedojrzałość tytułowego bohatera, ale niekoniecznie ta niedojrzałość przenosi się na samo małżeństwo. Oprócz jedynie niefortunnej i w pewnym sensie również zabawnej sceny łóżkowej, zachowanie luzackiego Kampera było bardziej urocze i kochane niż niedojrzałe, a co najmniej tak to odebrałem. Bo słodkie słówka przy śniadaniu, czy wyskakiwanie z szafy, by wystraszyć na powitanie swoją ukochaną żonę, nie określiłbym mianem czegoś niedojrzałego. Bardziej czułego i szalonego. Niedojrzałość głównego bohatera, znacznie mocniej od jego zachowania, akcentuje do bólu stereotypowy zawód – tester gier komputerowych. Jak to jest, że Grzegorzek tworzy film niezwykle świeży i jednocześnie popada w tak niesmaczny stereotyp? 

Świeżość Kampera tkwi przede wszystkim w samej realizacji. Choć nie do końca kupiłem sam sposób przedstawienia KillerChefa i Jacka Braciaka, który starał się być odbiciem lustrzanym Gordona Ramsaya, satyryczny wydźwięk tego programu zawartego w samej historii, wywołał niemały uśmiech i był takim „innym” oraz dobrym jednocześnie urozmaiceniem. Obok świetnych zdjęć, mamy również genialny soundtrack, w którym stare piosenki otrzymują swoje drugie życie, a duet Pezeta i Czarnego Hi-Fi, który poznaliśmy jeszcze przed premierą filmu, brzmi w sali kinowej niczym prawdziwy sztos. 

Kamper jest przede wszystkim bardzo mądrym filmem. Pomijając już kwestię tego przesadzonego skutku tej nieprzesadnej niedojrzałości oraz zastosowanie starego stereotypu miłośnika gier komputerowych, Grzegorzek pozostawia nas z bardzo trafną puentą. Dopóki się nie ogarniemy, zawsze prędzej czy później dostaniemy po dupie.


Komentarze