Księżniczka popu wraca na szczyt? – recenzja płyty „Glory” Britney Spears


Księżniczka popu zapowiadała, że jej dziewiąty studyjny album będzie pewnym zwrotem w jej karierze. Owiany tytułową chwałą album okazuje się wielkim zaskoczeniem. Panie i Panowie, przed Państwem najlepszy album Britney Spears.

Problem, z którym przez kilka ostatnich płyt borykała się księżniczka popu, polegał na większej ilości muzycznych zapychaczy niż konkretnej muzyki, które nie dorównywały nawet w najmniejszym stopniu hitowym singlom. Britney Spears osiągnęła popowego dna ostatnim albumem Britney Jean, który był próbą ratunku kariery wokalistki, o której zaczęło się robić coraz ciszej. Przy okazji premiery ósmego albumu zrobiło się głośno, ale niestety ze względu na niepowodzenie, jakim okazał się nie tylko sam album, ale również potencjalne hity w postaci Work Bitch i Perfume (pierwsze samym tytułem mówi samo za siebie, drugie przepadło na listach przebojów). Mogło być tylko lepiej. Trzy lata przerwy i praca samej zainteresowanej nad albumem (Britney jest współautorką części tekstów piosenek), zaowocowały albumem jakiego księżniczka popu w swojej dyskografii nie ma. Albumem nieidealnym, ale pozbawionym złych momentów.


Glory to bezsprzecznie najrówniejszy album Britney Spears. Nie ma tutaj piosenek niepotrzebnych, których jedynym celem było zapełnienie tracklisty. Na dziewiątym krążku Spears nic nie dzieje się z przypadku. Szkoda, że na taki album musieliśmy czekać aż tak długo. Małą zapowiedzią wielkiego wydarzenia w postaci krążka Spears był fenomenalny występ na gali Billboardu. Później o samym albumie wiele dobrego mówiło niezwykle seksowne i lekkie jednocześnie Make Me…, w teledysku do którego księżniczka popu pokazała, że jest w formie, w jakiej być może nie była nawet na początku swojej kariery. Później pojawiły się trochę irytujące, ale zupełnie nieprzewidywalne Private Show, potężne klubowe Clumsy i przedziwne, seksowne oraz wyjątkowo porywające jednocześnie Do You Wanna Come Over?, które jedynie udowodniły, że Glory będzie albumem po prostu innym. 

Jednak wszystko, co najlepsze w jej dziewiątym albumie, wokalistka oraz jej producenci, zamknęli na wersji rozszerzonej albumu. To tam znajdziemy hipnotyzujące latynoskie Change Your Mind, które jest najlepszą piosenką stricte taneczną na Glory. Zaskakuje świetne drapieżne Liar, które jest zdecydowanie największą niespodzianką na albumie Spears. Ogromne wrażenie robi również przesycone erotyzmem francuskojęzyczne Coupure Electrique, które pokazuje, że Britney może być Britney Bitch nie tylko w piosenkach pokroju wcześniej wspomnianego Work Bitch. Otwierające wersję rozszerzoną taneczne Better aż pachnie wakacjami, a If I'm Dancing, które można uznać za udany popowy eksperyment, aż prosi się o jakiś dobry klubowy remix. 


Wracając jednak na wersję podstawową Glory, również tutaj nie brakuje bardzo dobrych kawałków. Świetnie prezentuje się chwytliwe Slumber Party, będące muzycznym romansem z klimatami reggae. Jeszcze lepiej słucha się bardzo nowoczesnego Love Me Down, który porywa swoim bezczelnym i lekko dziwkarskim klimatem. Początkowo gitarowe Just Like Me szybko przekształca się w uwodzicielski i seksowny numer, a klasyczne Just Luv Me mogłoby być kolejnym singlem promującym Glory. Ciekawie prezentuje się trochę musicalowe What You Need, które po spokojniejszym Hard To Forget jest bardzo energicznym zamknięciem wersji podstawowej Glory. Dziewiąty album Britney to jednak nie tylko nowoczesne piosenki utrzymane w tanecznym klimacie. Trochę łagodniejszą wersję księżniczki popu usłyszymy w otwierającym Glory delikatnym Invitation oraz najsłabszym na całym albumie Man On The Moon.

Glory jest totalną niespodzianką. To album, jakiego po Britney Spears nie śmiałbym się spodziewać. Dziewiąty krążek księżniczki popu to może i niezobowiązująca muzyka popowa, ale pokazuje, że Britney zaczyna eksperymentować i muzycznie dojrzewać. I wreszcie mogę uwierzyć, że Britney – pomimo zamiłowania do playbacku – całkiem nieźle poradziłaby sobie z tymi kawałkami. Bo Glory to pierwszy od dawna album na miarę księżniczki popu. Album, na jaki przeurocza Britney od dawna zasługiwała. Spears może nie wróci na pierwsze miejsca list przebojów, ale swoim jeszcze ciepłym Glory powoli wraca na swój książęcy tron.

Komentarze