Miłość w szarych blokowiskach – recenzja filmu „Zjednoczone stany miłości” (2016)


Największy tegoroczny sukces polskiego kina. Srebrny Niedźwiedź na festiwalu Berlinale trafił w ręce Tomasza Wasilewskiego. W jego najnowszym filmie mówi się o kobietach i miłości – szarej i nieszczęśliwej niczym pokomunistyczne blokowiska pozbawione jakichkolwiek oznak życia.

Zjednoczone stany miłości – podobnie jak dwa poprzednie dokonania Wasilewskiego W sypialni oraz Płynące wieżowce – to film bardzo ciężki i wymagający. Nie chodzi nawet o samą historię, ale przede wszystkim o atmosferę, która tej historii towarzyszy. Wasilewski osadza swoich bohaterów w czasie ustrojowego przełomu, którego skutki są trochę mniejsze niż ludzie początkowo mogliby się tego spodziewać. Jest szaro. Bardzo przygnębiająco, a cztery główne bohaterki próbują uporać się z różnymi problemami. Łączy je jednak jedno – tytułowe problematyczne miłosne stany w jakich się znajdują. Od miłości na odległość, po miłość zakazaną, albo raczej miłość nie do pomyślenia w pokomunistycznej Polsce. Choć każdy z nich jest całkowicie odmienny, to wiąże się z nieszczęściem i rodzącym to nieszczęście miłosnym niespełnieniem. 


Najcięższe i najmocniejsze jednocześnie w nowym filmie Wasilewskiego jest to, że on w swoim filmie tylko mówi i ten filmowy monolog nie prowadzi w zasadzie do żadnego punktu kulminacyjnego. W innych filmach, w których postanowiono zastosować otwarte zakończenie, mamy zarysowane pewne wyjścia, na jakie mogliby się zdecydować bohaterowie. Wasilewski w Zjednoczonych stanach miłości pozostawia nas jedynie z czynami i kiedy powinien nam zaserwować jakieś zakończenie, on kończy swój film na przełomowym czynie i wszystko się urywa. Przypomina to trochę podglądanie życia głównych bohaterek. Kiedy Zjednoczone stany miłości się kończą, one żyją dalej, tylko my już nie poznajemy ich historii. To takie gwałtowne wrzucenie i po niespełna dwóch godzinach nagłe wyciągnięcie z miłosnych stanów głównych bohaterek. Nie wiemy, co się stało po czynie, którego skutek powinniśmy poznać. Dlatego jeszcze przez kilka kolejnych dni Zjednoczone stany miłości dość depresyjnie się odzywają. Bo nie wiemy. 

Przygnębiający jest również sam seans. Niewyobrażalnie ciężki. Długi. Ponury niczym filmowe wielkopłytowe blokowiska zasypane śniegiem. To wszystko oblane jest aurą prostoty życia, która potęgowana jest przez nutę kobiecego nieszczęścia. Zresztą, o ile mnie pamięć nie myli, nikt w Polsce w tak świetny sposób nie mówił o kobietach i ich emocjach. Szczególnie o kobietach z okresu przełomu, których różne stany miłosne były, ale jakby ich nie było, bo o miłościach zakazanych czy nieszczęśliwych nie mówiło się na głos. Wasilewski pokazuje obrazy kobiet, których w Polsce nie chcielibyśmy raczej oglądać. To kobiety, o których się nie mówi, „bo takich kobiet nie było”.


Aktorsko Zjednoczone stany miłości są perłą. Siła kobiecego aktorstwa w Polsce jest miażdżąca i naprawdę nie ogranicza się jedynie do fenomenalnej Agaty Kuleszy oraz charyzmatycznej Kingi Preis. Dorota Kolak jest zdecydowanie najjaśniejszym aktorskim punktem filmu. Rola Renaty to najprawdopodobniej najlepsza rola w karierze doświadczonej aktorki. Występ Kolak jest wyciszony, bardzo tajemniczy, odważny i jednocześnie najbardziej emocjonujący. Magdalena Cielecka zagrała u Wasilewskiego chyba rolę życia, a jej duet z Andrzejem Chyrą jest niesamowity i pełen nieprzewidywalnej (w pozytywnym i negatywnym tego słowa znaczeniu) kobiecej miłości. Marta Nieradkiewicz jest jeszcze lepsza niż w Płynących wieżowcach (scena sesji zdjęciowej jest tak bardzo kiczowata jak american dream każdej młodej kobiety przełomu w Polsce, uwielbiam!), a Julia Kijowska świetnie szarżuje emocjami w rozdarciu swojej bohaterki pomiędzy mężem a miłością zakazaną. 

Mam coraz bardziej nieodparte wrażenie, że Tomasz Wasilewski kręci filmy dla mnie. Kiedy każdy z jego filmów totalnie dzielił widzów, ja zawsze stawiałem jego dokonania pośród najlepszych w danym roku. Tym razem mamy być może do czynienia z tegorocznym najlepszym.


Komentarze