Prawdziwe hell na Helu – recenzja filmu „Hel” (2015)


Wyczytałem na jednym z portali filmowych, że Hel jest tanią polską odpowiedzią na filmy Davida Lyncha. Dlaczego jednak nie możemy go potraktować w kategoriach filmów stylowych? Bo taki Hel jest na pewno – bardzo mroczny i wyjątkowo stylowy.

Twórcy w swoim filmie przenoszą nas na tytułowy Hel, gdzie dochodzi do brutalnego morderstwa na stacji benzynowej. W życiu bohaterów fikcja zaczyna przeplatać się z prawdą. Nie wiadomo, co jest jedynie scenariuszem, a co życiem samym w sobie. Nie wiadomo też, kto jest mordercą. W tego typu filmach o zbłądzenie naprawdę nie jest trudno, a debiutujący tym filmem – Paweł Tarasiewicz i Katarzyna Priwieziencew – nie błądzą. Co więcej, prezentują nam jeden z najciekawszych debiutów pełnometrażowych ostatnich lat. Hel to bardzo wymagający i trudny seans. Jest jednocześnie filmem niepozbawionym narracyjnej lekkości i trzymającym w napięciu niczym najlepsze filmy grozy. Bohaterowie są niezwykle stłumieni i świetnie wpisują się w bardzo tajemniczy klimat, który znowu idealnie współgra z jednocześnie przerażającą i fascynującą historią. 


Hel jest bez wątpienia filmem bardzo stylowym. Ta konkretna stylistyka wnosi do filmu nutę tajemniczości, ale przy okazji powoduje, że Półwysep Helski – na co dzień kojarzący nam się z raczej pozytywnymi rzeczami – staje się miejscem obcym i niezwykle surowym. Czasami jednak zaczynamy mieć do czynienia z filmem trochę przestylizowanym. Niezwykle drażniące są czarno-białe wstawki, które niby są pewnym ubogaceniem stylistyki, ale jednocześnie psują jej spójność. Hel jako film jest bardzo ładny, ale czasami aż za ładny. Momentami troszeczkę przesadzony i przekombinowany. 

W głównej roli oglądamy genialnego i trochę niedocenianego Marcina Kowalczyka, który po świetnej roli w jeszcze lepszym Hardkorze Disko Krzysztofa Skoniecznego, w Helu ponownie przeszywa widzów swoim chłodnym wzrokiem. Kail to postać bardzo niepokojąca, momentami przedziwna i w tej swojej dziwności niezwykle fascynująca. Partnerujący mu na ekranie Philip Lenkowsky, w swojej roli jest równie tajemniczy, stając się automatycznie pierwszym podejrzanym. Patrząc na jego bohatera, automatycznie kierujemy się pewnymi stereotypami – od pochodzenia i samej profesji po niepokojący wygląd i zachowanie.

Hel w filmie Tarasiewicza i Priwieziencew zamienia się w prawdziwe angielskie piekło, mimo że uderza w nas swoją pochmurnością i lekko depresyjną scenerią – bo to wreszcie jedynie niezwykle intrygująca gra słów. Sam film to bez wątpienia jedna z największych tegorocznych filmowych niespodzianek. Bałem się bardziej niż na większości horrorów. True story.


Komentarze