Szajbusy na wolności – recenzja filmu „Legion samobójców” (2016)


Kilka dni temu zalała nas fala niepochlebnych recenzji, jakoby Legion samobójców miał być powtórką z kwietniowego filmu Batman v Superman: Świt sprawiedliwości. Szybko otrzymał łatkę największego tegorocznego rozczarowania. Ale, recenzje recenzjami. Dla mnie było przednio.

Ciężko sprostać oczekiwaniom, kiedy twój film jest uznawany za jeden z najbardziej oczekiwanych filmów roku i najważniejszą premierą wakacji, a już po zwiastunie zaczynają się spekulacje, czy to aby nie jest tegoroczny najlepszy z najlepszych. Nic więc dziwnego, że Legion samobójców w oczach wielu osób poległ, ponieważ niektórych oczekiwań spełnić się nie da. Szczególnie tych, które nigdy spełnione miały nie być. Legion samobójców to film o tych najgorszych. Nie tych złych czy tych trochę gorszych od złych. O tych najgorszych w najgorszym tego słowa znaczeniu. Zepsutych bandytach z nadprzyrodzonymi zdolnościami, których amerykański rząd postanawia zjednoczyć, by walczyli w imię dobra wspólnego. 


Całe show kradnie Harley Quinn, bez której Legion samobójców nie byłby już tym samym filmem. Ta wyzywająca i zdzirowata panna o różnokolorowych włosach, przyćmiewa wszystkich, nawet Jokera wykreowanego przez Jareda Leto, na którego wszyscy czekali ze zniecierpliwieniem. Margot Robbie robi na ekranie, co jej się tylko podoba. Bardziej przypomina to zabawę – świetną zabawę. Wystarczy jej jeden krok, a od Harley Quinn nie można oderwać wzroku. Po Legionie samobójców, marzy mi się, by w przyszłości ktokolwiek poświęcił jej w całości film, bo tak fenomenalnie napisana i przede wszystkim zagrana postać, jak najbardziej na to zasługuje. Ale tylko z Margot Robbie! 

Rozczarowuje jednak Joker, patrząc przede wszystkim przez prymat Jokerów, których poznaliśmy w innych filmach. Ten od Jareda Leto jest jedynie dobry, a jego charyzma nie tkwi w grze aktorskiej, a przede wszystkim w jego charakteryzacji. Ponadto rzuca się w oczy trochę niewykorzystany potencjał postaci, która stając się wielką niewiadomą na etapie powstawania filmu, ostatecznie okazuje się jedynie ładnym dodatkiem do całokształtu. Bardzo dobrego całokształtu. Świetny jest Deadshot oraz – wbrew wszelkim pozorom – przeuroczy Killer Croc. Dobrze radzi sobie przepiękna Cara Delevingne, mimo że aktorsko jakoś specjalnie nie błyszczy. Jest też przedziwny Boomerang i nieprzewidywalny Diablo. Mamy również ostrą jak brzytwa (dosłownie!) panią Katana oraz trochę cichociemną szefową bandziorów (serduszko dla Violi Davis). 


Legion samobójców jest taką rozrywkową rozpierduchą, w której znajdzie się miejsce na strzelanie, angażujące starcia oraz efektowny finał. To film cholernie szalony i gwałtowny niczym główni bohaterowie. Jest też mnóstwo niezłego humoru, w którym ponownie króluje postać Harley Quinn. Ta wyzywająca dziewucha z bejsbolem w ręku naprawdę skradła całe widowisko. Wisienką na torcie są przepiękne kadry (kiedy Joker wskakuje za swoją kobietą do tego tajemniczego zbiornika, co za ujęcie!) oraz fenomenalny soundtrack, który dodaje filmowi prawdziwego pazura (cover Bohemian Rhapsody to majstersztyk). 

Umówmy się, Legion samobójców nie jest arcydziełem i czymś przełomowym. To – tylko i w tym przypadku jednocześnie aż – kino rozrywkowe w najlepszym tego słowa znaczeniu. Mówcie, co chcecie, ale Legion samobójców jest widowiskiem z najwyższej półki. Filmem, po seansie którego powiedziałem nieświadomie: „ale zajebisty”. Chcę jeszcze raz!


Komentarze