Życie może być piękne – recenzja filmu „Zanim się pojawiłeś” (2016)


Choć gdzieś w głębi zdawałem sobie sprawę na jaki film się decyduję, do samego seansu wierzyłem, że to nie jest kolejny amerykański melodramat spod znaku tanich wyciskaczy łez. Nie pomogło pozytywne nastawienie i brak oczekiwań.

Zanim się pojawiłeś to melodramat, który – ponownie jak każdy z tego typu filmów – opowiada o nieszczęśliwej miłości. Obok miłości pojawia się choroba oraz zaskakujące odbiorcę postanowienie głównego bohatera. Film, jakich wiele. Nie trzeba nawet sięgać do ekranizacji Nicholasa Sparksa, by znaleźć podobnie prowadzone historie. Zanim się pojawiłeś nie unika stereotypu amerykańskiego wyciskacza łez. Jest przede wszystkim ładnie i niby emocjonalnie, a jednak jakby trochę pusto. Niby cała historia, kiedy nam ją ktoś opowiada, wydaje się niezwykła i przejmująca, a jednocześnie, kiedy już jesteśmy świadkami opowieści rozgrywającej się na ekranie, stoimy obok i patrzymy, ale serducho nie zaczyna bić mocniej. W moim przypadku ani przez moment. 


Rzeczą, która bezsprzecznie się w tym filmie udała, to nie popadanie w zupełnie zbędne depresje. Nie jest może wyjątkowo zabawnie, ale więcej razy się zaśmiałem niż przejąłem (smutne, ale prawdziwe). Zanim się pojawiłeś miało być klasycznym melodramatem. Skrojonym praktycznie książkowo. Mającym spełniać z góry ustalone założenia. Ten klasyczny melodramat obroniłby się tym byciem klasycznym melodramatem, gdyby nie… Gdyby nie zakończenie. Pomijam kwestie poglądów oraz mówienia o tym, czy ten film promuje pewne zachowania wśród młodych czy też nie. Zajmijmy się zakończeniem w samym sobie, w którym ani przez moment nie uwierzyłem w motywacje głównych bohaterów. 

A właściwie głównej bohaterki oraz wcielającej się w nią Emilii Clarke. Lou – szczególnie w zakończeniu filmu – jest postacią wyjątkowo zagubioną, która bije się z własnymi myślami, chcąc znaleźć odpowiednie rozwiązanie sprawy, która została już rozwiązana i nie ma odwrotu. W tym zagubieniu postaci, aktorsko gubi się również Clarke, która jakby nie do końca wie, co tak naprawdę chciałaby osiągnąć. Zbyt gwałtownie szarżuje emocjami, w skutkach popadając w skrajności. Głównie dlatego nie kupuję tego zakończenia, bo nie do końca odczytuję jego wydźwięk. Nie pomaga w tym też Sam Claflin, który początkowo intryguje, a później staje się jedynie obiektem westchnień damskiej części publiczności. Oboje na ekranie zaczynają popadać w ckliwości tandetne jak pszczółkowe podkolanówki głównej bohaterki (taka z niej osa, a co!). 

Niby miło się to ogląda i nie najgorzej słucha (bardzo uroczy soundtrack, na którym nie brakuje Eda Sheerana i wszystkich pochodnych mu melodii – amerykański wyciskacz łez tak bardzo!), a jednocześnie niczego się nie odczuwa. Oprócz przyjemności z obrazków i ładnych buziek. Po seansie Zanim się pojawiłeś, trochę żałuję, że się na nim pojawiłem.

Komentarze