Elektroniczne nawiedzone eden – recenzja płyty „Haunted Paradise” Black Atlass


Bierz co dobre z Cheta Fakera i wyciągnij wszystko co najlepsze z The Weeknd, a następnie nagraj debiut, który jest jedną z najlepszych tegorocznych płyt. Tak właśnie zrobił Black Atlass na swoim Haunted Paradise i to jest chyba najlepsza rekomendacja dla jego albumu.

Debiut Black Atlass jest niemałym muzycznym zaskoczeniem, biorąc pod uwagę elektroniczną stylistykę, w której artysta obracał się na swojej pierwszej EP-ce, na której zresztą znalazła się jego najpopularniejsza piosenka Paris. Teraz ponownie jest kameralnie i bardzo nastrojowo, a płyta idealnie wpisuje się w samotne wieczory. Black Atlass na debiucie kieruje się jednak w trochę inne gatunki muzyczne i choć ciężko nie usłyszeć na nim elektroniki, to Haunted Paradise przypomina łączenie jej ze spokojnym i bardzo klimatycznym R&B, niekiedy nawet ubogaconym o gitarowe brzmienia. 


Przed premierą płyty mieliśmy przyjemność poznać kilka premierowych utworów, które już wtedy zwiastowały, że debiutancki album Black Atlass będzie sporą niespodzianką. Tytułowe Haunted Paradise jest definicją płyty – utworem czarującym i hipnotyzującym swoim klimatem. Kolejne Tonight to bezsprzecznie najmroczniejsza piosenka na albumie i przy okazji jedyny utwór, który mógłby okazać się sukcesem komercyjny. Island Love porywa swoją prostotą i zapadającym w pamięć refrenem, a Blonde – poznane niecały miesiąc przed premierą płyty – to kameralna ballada, która pod koniec przekształca się w klasyczne R&B. 

Najciekawsze na płycie nie są jednak single, a to co artysta ukrył na swoim krążku. Otwierające album Permanent Smile jest bardzo nastrojowym numerem, kończącym się muzyczną wstawką, którą mógłby nagrać Chet Faker. Pociągające i bardzo erotyczne Nothing Else jest zdecydowanie najlepszym utworem na Haunted Paradise, a Glow in the Dark to jedyna taneczna piosenka na płycie, w której nietrudno wyczuć trochę latynoski klimat, mimo że to wciąż alternatywna i bardzo mroczna piosenka, utrzymana w stylistyce całego debiutu Black Atlass. Minutowe Holding On przywołuje od pierwszych sekund na myśl Bastille, będąc ciekawą gitarową wstawką na płycie, która największe wrażenie robi przede wszystkim wokalem. 


Na Haunted Paradise znalazło się również miejsce dla wakacyjnego chillu, które na moment wprowadza kameralna i lekka ballada Summer Time. Dużą niespodzianką wydaje się piosenka Return to Love, która przypomina trochę muzyczną klasykę, później stając się podrasowaną gitarową balladą, z bardzo klimatycznymi zwrotkami i mocnym refrenem. Zamykające album trochę akustyczne Exit jest ładnym tytułowym wyjściem z albumu i pewnym pożegnaniem z płytą – ale pożegnaniem na niedługi czas, bo ciężko do tak rewelacyjnego krążka nie wracać. 

Debiutanckie Haunted Paradise Black Atlass to płyta bardzo nastrojowa. Idealnie wpisująca się w klimat długich samotnych wieczorów. Stylistycznie niezwykle spójna, robiąca wrażenie nie tylko pojedynczymi świetnymi i wybijającymi się utworami, ale przede wszystkim jako przepełniona mrokiem i tajemniczością całość. Album Black Atlass widzę tak – noc, czarny Mustang, długa podróż, kolejne kilometry i Haunted Paradise


Komentarze