Filmowa katastrofa w Smoleńsku – recenzja filmu „Smoleńsk” (2016)


Po ponad sześciu latach od tragicznych wydarzeń spod Smoleńska, wraz z Antonim Krauze wracamy myślami do pamiętnego 10 kwietnia, który na zawsze zapisał się na kartach polskiej historii. Dlaczego katastrofa Smoleńska przekształciła się w filmową katastrofę?

Już dawno nie mówiło się tak wiele w Polsce o żadnym filmie, chociaż właściwie o nim samym mówi się w tym przypadku niewiele, a znacznie więcej o samej kontrowersyjnej historii, w której pewna dziennikarka odkrywa prawdę o tym co wydarzyło się w Smoleńsku. Prawda. To słowo wydaje się kluczem filmu, bo ktoś kto zgadza się z poglądami prezentowanymi w filmie, znacznie łatwiej ten film przyjmie, pomimo całej masy jego wad. Ktoś kto o całej katastrofie wie tyle co ja i nie ma ułożonych w głowie poglądów na temat katastrofy z 2010 roku, albo da się zmanipulować, albo zauważy, że Smoleńsk jest jedynie czymś, co film powinno przypominać.


Film Antoniego Krauzego cierpi na paradokumentalną chorobę i nie ma w tym stwierdzeniu nuty sarkazmu. Smoleńsk ogląda się jak telewizyjny paradokument nakręcony lepszym sprzętem i zrealizowany za dużo większe pieniądze. Większość aktorów sprawia wrażenie, jakby po raz pierwszy występowała przed kamerą, a w scenariuszu brakuje jedynie markowego dla Trudnych spraw „powiedz coś!”. W Smoleńsku nie udało się nic i piszę to z wielkim rozczarowaniem, bo do samego końca wierzyłem, że to nie może być aż tak zły film. Ale jest. Tak, to jest bardzo zły film.

Smoleńsk ewoluuje jak poglądy i spostrzeżenia głównej bohaterki. Początkowo dziennikarka bada pierwsze fakty i przekazuje pojawiające się w kolejnych dniach informacje. Smoleńsk nie jest wtedy wcale takim najgorszym z najgorszych, chociaż większa w tym zasługa materiałów archiwalnych (ich jakość woła o pomstę do nieba!), które bezpośrednio przywołują obrazy, wokół których wówczas kręciło się życie większości Polaków. To momenty pełne zadumy i ciszy, a Smoleńsk przez kilkanaście pierwszych minut jest naprawdę angażującym filmem, mimo że artystycznie i realizacyjnie to wciąż bardzo słabe kino. Kiedy jednak dziennikarka dostrzega pewne niezgodności w sprawie katastrofy (a z tymi niezgodnościami nie mam zamiaru dyskutować), Smoleńsk w jednej chwili staje się narzędziem propagandowym, czego nawet twórcy nie starają się w swoim scenariuszu ukryć. Co więcej, ta jednostronność jest aż nadto eksponowana. 

Problemem filmu Antoniego Krauzego jest przede wszystkim jasny podział na dobrych i złych. Od samego początku wiemy, kto znajdzie się wśród tych gorszych. Nie potrzeba scen, w której para prezydencka siedzi na swojej kanapie i ogląda w telewizji spacerujących Tuska i Putina po molo. Nie trzeba też zatajać nazwy partii rządzącej, kiedy później kilkukrotnie eksponuje się nazwę innej partii na transparentach. I po co jeszcze w to wszystko mieszać ludzi zamordowanych w Katyniu? Smoleńsk mógł być filmem, wzbudzającym dyskusje i liczne rozmowy pomiędzy ludźmi, którzy prezentują różne poglądy na temat katastrofy. W tym przypadku nie ma jednak o czym rozmawiać, bo prawda jest jedna i ani przez moment twórcy nie próbują ukryć, kto w tym sporze ma racje i co tak naprawdę wydarzyło się ponad sześć lat temu pod Smoleńskiem. Albo w to wierzymy, albo żyjemy w kłamstwie. Tyle.


Pomijając jednak już kwestie poglądowe oraz cały propagandowy charakter filmu, Smoleńsk nie ma żadnej wartości filmowej i artystycznej. Scenariusz odrzuca sztucznością, którą potęgują aktorzy. Nawet najwybitniejszy aktor nie poradziłby sobie z takim scenariuszem, w którym pojawiające się w zwiastunie „to nie jest proste, a nawet wręcz przeciwnie” jest jedynie skromną zapowiedzią tego, co dzieje się w filmie przez całe dwie godziny. Aktorsko nieźle prezentuje się jedynie Lech Łotocki wcielający się w Lecha Kaczyńskiego, który sprawia wrażenie jedynego aktora, który choć trochę przyjrzał się granej przez siebie postaci. Choć irytować mogą podniosłe słowa padające z jego ust, Łotocki jest jedynym w miarę przekonującym aktorem na ekranie. Nie wierzy się natomiast ani przez moment w Ewę Dałkowską wcielającą się w Pierwszą Damę. Ciężko znieść również ciągłą obecność na ekranie zmanierowanej Beaty Fido, która nie potrafi wnieść w swoją postać nawet nuty naturalności. Przez całe dwie godziny jest sztuczna niczym najtańsze efekty specjalne, które przy wcale nie najgorszym budżecie (jak na polskie realia) i tak małej ich ilości, mogłyby być trochę bardziej wiarygodne. 

Smoleńsk przypomina trochę taki film zrobiony na szybko. Bo już czas, żeby taki film powstał. Bo już czas, żeby ludzie poznali prawdę. Bo już czas, żeby ktoś nam uwierzył. Jednak jak uwierzyć w coś, co wyzbyte jest nawet z grama naturalności, a jedynie wykłada na ławę suche fakty, co z filmem i tworzeniem filmu niewiele mają wspólnego. Jakiekolwiek plusy? Jeden moment muzyczny, bo w tym przypadku nawet Michał Lorenc zawodzi. 


Komentarze