Morderstwo czy samobójstwo? – recenzja filmu „Sługi boże” (2016)


Dość mroczne trailery zwiastowały bardzo tajemnicze kino, które trzyma w napięciu od początku do samego końca. Tajemniczo jest bez wątpienia, jednak twórcy Sług bożych nie uniknęli potknięć, które te napięcie niejednokrotnie burzą.

Jak sugeruje już sam tytuł, Sługi boże kręcą się wokół Kościoła, wiary i pieniędzy, ale jednocześnie film nie staje się czymś, co określić można by było jako rzecz przeciwko instytucji Kościoła. W pięknym Wrocławiu pewna kobieta popełnia samobójstwo, skacząc z wieży jednego z kościołów. Kilka dni później, sytuacja się powtarza i w ten sam sposób ginie kolejna kobieta. Podejrzenie pada na organistę, który był przeciwko chóralnym działaniom obu kobiet. Sługi boże nie opowiadają jednak tylko i wyłącznie o morderstwach. Gdzieś obok pojawiają się również zatuszowane przekręty i przyjazd watykańskiego wysłannika do Wrocławia. Film Michała Gawrysia to kryminał z elementami thrillera, który stylizowany jest momentami na horror. I właściwie od pierwszych scen ten niepokojący klimat widzom się udziela. Sługi boże oddziałują na odbiorcę. Intrygują. Pochłaniają swoim mrocznym klimatem, pomimo kilku wad. Do czasu. 


Problem pojawia się kiedy poznajemy bohaterki, spośród których żadna nie jest tak naprawdę kobietą silną. Joanna (w tej roli zmanierowana Małgorzata Foremniak) po grupowym gwałcie, jeszcze tej samej nocy rzuca się w ramiona głównego bohatera. Jest silną i niezależną kobietą, która daje się poniewierać innym mężczyznom. Niemiecka policjantka Ana Wittesch (za bardzo wycofana i błąkająca się po ekranie Julia Kijowska) wygląda, jakby błądziła w swoim własnym świecie, a jej potencjalna feministyczna siła jest jej największą ekranową słabością. I kolejna, była kochanka komisarza pracująca w prosektorium jest tylko i wyłącznie byłą kochanką komisarza. 

Po takich obrazach i takich szaleństwach (Joanny Stanisz granej przez Małgorzatę Foremniak nie mogę przeżyć) Sługi boże automatycznie tracą w oczach widza. W film od razu przestaje się wierzyć, bo nie wierzy się w bohaterki. Udawanie – nawet najmniejsze – zawsze odbiera się jako formę ekranowego kłamstwa. Lepiej odbiera się bohaterów męskich, ale jest to kwestia raczej większego autentyzmu tych postaci (Adam Woronowicz to kalka jego fenomenalnej roli z Czerwonego pająka). Nie są to żadne wybitne kreacje aktorskie, a jedynie całkiem nieźle napisane postaci, w które da się uwierzyć (chociaż filmowe czarne charaktery nie są w odczuciu widza aż tak złe, jak starają się mu wmówić twórcy). Sługi boże mają problem z kobietami. Po prostu z kobietami – nie ważne czy mówimy o kobietach jako kobietach czy kobietach jako filmowych bohaterkach. 

Mimo wszystko nie spisujmy filmu Gawrysia na straty. Filmowe kobiety są problemem dość istotnym i bardzo znaczącym, ale nie skreślają całkowicie filmu, który jest przede wszystkim bardzo chodliwą i całkiem nieźle angażującą historią. Sługi boże ogląda się dość dobrze, a seans jest sprawną i chwytliwą rozrywką, borykającą się z pewnymi problemami, na które nie każdy zwróci uwagę. Bo choć twórcy nie wystrzegają się niefortunnych zdarzeń i pobłażliwego traktowania niektórych części historii, Sługi boże w ostatecznym rozrachunku nie prezentują się jako film słaby czy nawet przeciętny. Ogląda się nieźle, ale koniec końców jest raczej średnio.

PS. Najlepsza rzecz w tym filmie to zdecydowanie piosenka Biegnij Dalej Sam autorstwa Fisz Emade Tworzywo. Arcydzieło!

Komentarze