Śmierć, kot i „Przyjaciele”


Co mają wspólnego ze sobą najgorsza rzecz na świecie, zwierze uznawane przez wielu za trochę fałszywe oraz serial komediowy sprzed kilkunastu lat? Wspólną historię z mojego życia.

Jeżeli jesteście fanami serialu Przyjaciele, na pewno pamiętacie odcinek, w którym Pheobe odnalazła duszę swojej matki. Jeżeli fanami nie jesteście, zaraz zakreślę całą sytuację. W jednym z odcinków czwartego sezonu, do Pheobe podszedł bury kot, którego bez zastanowienia wzięła i stwierdziła, że w jego ciele znajduje się dusza jej matki. Co więcej, uznała, że kot w ogóle jest jej matką. Cała sytuacja miała wydźwięk bardziej humorystyczny i nie można było traktować jej na poważnie. Kot, który miał być mamą Pheobe, był kocurem a nie kotką. W dodatku, ktoś go szukał. Choć historia Pheobe skończyła się jej przemową, która przypominała poruszający manifest i ostatecznie wszystko wpisało się w komediowy charakter serialu, nie mogłem nie myśleć jak Pheobe, gdy coś zmieniło się w moim życiu. 
 

Kilka dni po tym, jak widziałem ten odcinek Przyjaciół, zmarł mój dziadek. Jedna z najważniejszych osób w moim dotychczasowym życiu i przede wszystkim najbardziej życzliwych, bo nigdy nie słyszałem, by na kogokolwiek krzyczał. Jego śmierć była dla wszystkich szokiem, bo w ostatnim czasie bardziej wracał do formy niż ją tracił. Zmarł w sobotę nad ranem. W sobotę, która minęła w rodzinnym smutku i w tym smutku niezwykle się dłużyła. Wydarzyło się jednak coś nie tyle zastanawiającego, co przede wszystkim poruszającego. 

Chwilę po tym (dziesięć? piętnaście minut?) jak dziadka zabrano już z domu, a karawan wraz z nim opuścił podwórko, przyleciał do nas białorudy kot sąsiada. Wcześniej się u nas nie pokazywał, jedynie plątał się czasami po ogródku kilka dni przed śmiercią dziadka. Zresztą, spędziłem prawie całe wakacje w domu rodzinnym, a tego kota widziałem po raz pierwszy. Kiedy siedzieliśmy na huśtawce, kot nas zaczepiał. Jak to zwierzak – chciał się bawić, poskakać, trochę pogryź ludzkich paluchów, a i wskoczyć na kolana w wiadomym celu. W jego zachowaniu nie było nic nadzwyczajnego, chociaż mama mówiła, że koty wyczuwają śmierć. Wieczorem w domu dziadków odbył się różaniec, na który przyszli sąsiedzi i część rodziny. W tym gadaniu o kocie i jego wyczuwaniu śmierci nie byłoby niczego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że po odmówionym różańcu kot siedział pod łóżkiem, na którym rano zmarł mój dziadek. Myślicie, że to przypadek? 

Następnego dnia kot szybko się nie pojawił. Przyszedł znowu, kiedy rodzina zaczęła się wieczorem zbierać na kolejny różaniec w intencji mojego dziadka. Los dla niego jednak nie był łaskawy, a mój tato – osoba, która kotów najprościej w świecie nie lubi – pilnował, żeby ten nie tylko nie dostał się do naszego domu, ale przede wszystkim uciekł z podwórka i wrócił „do siebie”. Nie było to jednak proste, bo kot uparcie wracał i wracał, a po późniejszym odpuszczeniu sobie walki z nim, ten szybko ponownie znalazł się w naszym domu. Po różańcu znalazłem go ponownie w pokoju dziadka. Tym razem pod jednym z krzeseł, spod którego uciekł za kanapę, na której od kiedy pamiętam spał mój dziadek. Drugi przypadek? 

Po poniedziałkowym pogrzebie kot się już na podwórku nie pojawił, a widziałem go jedynie biegającego po podwórku naszego sąsiada. Może to trochę naiwne, ale po obejrzeniu w takim momencie tego konkretnego odcinka Przyjaciół, od razu automatycznie kota powiązałem nie tylko ze śmiercią, ale przede wszystkim z moim dziadkiem. Może i nie powinienem w takie rzeczy wierzyć, ale czy taka wiara poniekąd nie zmniejsza bólu po stracie i odczucia tęsknoty, kiedy masz wrażenie, że osoba, którą utraciłeś na zawsze, wcale nie jest tak daleko? Jest obok i co z tego, że jej nie widzisz. Dlaczego się tym z Wami dzielę? Pretekstem może i są Przyjaciele, ale ta – dla Was zapewne przedziwna, a dla mnie bardzo osobista – historia pokazuje, że ktoś kto umarł wcale nie odszedł, a wiara w takie zastanawiające rzeczy może pomóc się ze śmiercią pogodzić. Śmiercią, która nie musi się równać od razu z odejściem. Pierwsza totalnie prywatna historia na blogu zaliczona. Szkoda jednak, że tak cholernie dla mnie smutna.

Komentarze