Śpiewać każdy może – recenzja filmu „Boska Florence” (2016)


Florence Foster Jenkins na pewno nie była wokalistką pokroju najlepszych div operowych, ale nie można jej odmówić charyzmy i sporej popularności. Po kilkudziesięciu latach, najgorsza śpiewaczka na świecie – tym razem o twarzy Meryl Streep – powraca i mimo upływu lat wciąż fascynuje.

Idąc wzorem polskiego plakatu promującego film, boska komedia o nieboskiej śpiewaczce to historia eleganckiej starszej pani Florence Foster Jenkins, która postanawia zawładnąć sercami słuchaczy i śpiewać najpiękniejsze arie operowe oraz tworzyć własne utwory ściśle związane z muzyką klasyczną. Problemem jest jednak brak talentu, czego nie dostrzega ani sama niedoskonała artystka, ani przekupieni dziennikarze oraz zaufany nauczyciel. Choć z tytułu Boska Florence brzmi trochę jak komedia tego najtańszego sortu, tak naprawdę jest filmem zabawnym i bardzo ciepłym, który nawet nie tylko krąży wokół muzyki, ale jest przede wszystkim historią o wielkiej miłości do każdej pojedynczej nuty (mimo że dla wielu dźwięki przez samą Florence były bardziej gwałcone niż kochane).


Historia Florence Foster Jenkins to film o kobiecie, która w zasadzie nie ma już nic do stracenia. Żyje tylko i wyłącznie dla muzyki. Boska Florence – obok całej tej otoczki biograficznej – jest opowieścią o realizacji swoich marzeń za wszelką cenę. O szaleństwie. O ekscytacji. I ponownie – o wielkiej miłości do muzyki. Samozaparcie głównej bohaterki jest niezwykle ekscytujące i choć przy każdej próbie wokalnej Florence, cała sala świetnie się bawiła, czerpiąc jak najwięcej z humorystycznych momentów filmu, to jednak gdzieś z tyłu głowy pojawia się pewien podziw, pomimo całego zakłamania, w którym żyła artystka.

Komedia Stephena Frearsa cierpi niestety na nierówność i pomimo całej sympatii dla głównej bohaterki, film niekiedy traci swoje tempo. Wiele zyskuje niezwykle ciepłą i angażującą końcówką, jednak pomiędzy zabawnymi wstawkami z udziałem głównej zainteresowanej, Boska Florence przykuwa uwagę właściwie samym aktorstwem, które od początku do końca trzyma w ryzach widzów i nie pozwala im ani na moment oddalić się myślami od historii. Wielka w tym zasługa pierwszoplanowego duetu. Meryl Streep aktorsko jest świetna i – podobnie jak w filmie Sierpień w hrabstwie Osage – balansuje na cienkiej linii pomiędzy wyważeniem a totalnym przerysowaniem. Hugh Grant natomiast intryguje swoją klasą i szarmanckim zachowaniem, kreując rolę w jakiej już dawno nie mieliśmy go szansy oglądać.

Czyż ona nie była przeurocza? 

Pan od fenomenalnej i bardzo poruszającej Tajemnicy Filomeny, tym razem spuszcza trochę z tonu i… niestety trochę też z poziomu. Boska Florence to przede wszystkim zbliżająca się wielkimi krokami dwudziesta nominacja do Oscara dla ponownie fenomenalnej Meryl Streep i niemała szansa na podobne (pierwsze!) wyróżnienie dla Hugh Granta, którzy trzymają cały film na swoich barkach. W kilku słowach – ciepła historia i naprawdę całkiem niezły film.

Komentarze