Wojna niczym ogniste piekło – recenzja filmu „Wołyń” (2016)


Najnowszy film Wojciecha Smarzowskiego od samego początku owiany był pewnymi kontrowersjami. Najpierw było o nim głośno ze względu na ważną tematykę. Później zabrakło pieniędzy. A teraz oglądamy bardzo brutalny film, o którym z dniem premiery będzie się mówić jeszcze więcej. 

Wołyń dotyka konfliktu ukraińsko-polskiego, który zrodził się kilkadziesiąt lat temu na ziemiach polskich. Ukraińcy dokonali serii brutalnych morderstw na Polakach, paląc i grabiąc całe wioski oraz zabijając każdą napotkaną na swojej drodze osobę. Brutalność jest chyba najbardziej charakterystyczną cechą Wołynia, ale i przede wszystkim rzeczą w nim najciekawszą. Film Smarzowskiego pochłania swoją ostrością i bezkompromisowym przedstawieniem wojny. Jednocześnie to wojenny obraz, jakiego po Smarzowskim w pewnym stopniu mogliśmy się spodziewać. Wojna to wojna, a biorąc pod uwagę jeszcze postać reżysera, który nie szczędzi sobie w swoich filmach autentyzmu i czasami aż bolącej prawdy, Wołyń nie pokazuje wojny jako dramatu i czegoś w jakimkolwiek stopniu złego. Wojna w Wołyniu to prawdziwe piekło, zresztą świetne ukazane przez Smarzowskiego. 


Krew wylewa się z ekranu. Grabieże idą w parze z morderstwami. Jednocześnie Smarzowski unika oceniania tego, kto w tym całym konflikcie jest tym jedynym złym. W tym filmie po prostu nie ma żadnych dobrych. Każdy naród biorący udział w konflikcie ma swoją ciemniejszą stronę. To dość ważne, że Wołyń nie jest filmem stronniczym, który w jakimkolwiek stopniu wybielałby którąkolwiek ze stron. U Smarzowskiego praktycznie każdy walczy o siebie samego i najbliższych, często poświęcając nawet swoich rodaków. Tylko pojedyncze jednostki – ponownie bez względu na pochodzenie – pomagają sobie wzajemnie. Jak na wojnie. Wołyń jednak nie jest jedynie krwistym obrazem, bo w tej wojennej scenerii bardzo ciekawie prezentuje się wątek miłosny, w którym małżeństwo przypomina bardziej akt nadania ziemi, a nieszczęście kobiety dodaje całej historii nutę emocjonalności. 

W tę kobietę wcieliła się Michalina Łabacz, która w Wołyniu debiutuje chyba w najlepszym możliwym stylu. Smarzowski miał bardzo dużo szczęścia, że odkrył kogoś tak dobrego. Debiut Michaliny Łabacz jest fascynująco świetny, a sama aktorka trzyma na swoich barkach całą niewojenną stronę Wołynia. To jedna z najlepszych kreacji kobiecych tego roku i najciekawszy polski debiut ostatnich lat. Łabacz nie daje sobie ukraść filmu znakomitemu na drugim planie Arkadiuszowi Jakubikowi (do końca wierzyłem, że gdyńska nagroda za rolę drugoplanową trafi właśnie w jego ręce), który w roli jej niewymarzonego męża jest bardzo ciekawy – niby stanowczy a jednocześnie niezwykle ciepły. 

Cenię Smarzowskiego jako reżysera, ale nie mogę powiedzieć, że go uwielbiam. Reżysera takich filmów nie da się uwielbiać. Takich szarych. Prawdziwych. Brutalnych. Kłujących widza w miejsca, w które nie chciałby nigdy zostać ukłuty. Wołyń kłuje tak mocno jak jeszcze żaden film Smarzowskiego. 

Komentarze