Czy Mother Monster umarła? – recenzja płyty „Joanne” Lady Gagi


Lady Gaga to jedna z najważniejszych postaci mojego muzycznego dorastania, której choć nigdy nie wywyższałem do miana mojej muzycznej królowej, to jej muzyka towarzyszy mi po dzień dzisiejszy. Po niezbyt dobrze przyjętym przeze mnie jazzowym epizodzie artystki, Lady Gaga powraca z czymś nowym. Czyżby wreszcie z czymś naprawdę jej? 

Mówienie, że Joanne jest porzuceniem dotychczasowego muzycznego i scenicznego wizerunku przez Lady Gagę nie jest do końca prawdą. Owszem, to już nie ta sama kontrowersyjna artystka, która szokowała swoimi kreacjami na czerwonych dywanach, a niektóre z jej teledysków tryskały kiczem niczym wulkany bardzo charakterystycznego stylu, obok którego ciężko było dotychczas przejść obojętnie. Joanne jest albumem przede wszystkim spokojniejszym i choć wydaje się, że dla artystki teraz dużo ważniejsza jest jej gitara w ręku niż nadzwyczajna prezentacja sceniczna, to Lady Gaga wciąż dość sporo czerpie z tego, co dotychczas w swojej solowej karierze zaprezentowała. 


Joanne od początku owiane było nutą tajemniczości. Znakomite nazwiska pracujące nad albumem. Wiele niedopowiedzeń i fanowskich spekulacji na temat premiery albumu. I wreszcie – pierwszy singiel, który drastycznie podzielił nie tylko fanów. Perfect Illusion nie jest na pewno singlem na miarę znakomitego Applause czy Poker Face, ale to bardzo ciekawa piosenka, która delikatnie pokazała, że Lady Gaga jest teraz bardziej Stephanie niż gwiazdą wielkich muzycznych gali. Być może brakuje temu utworowi trochę uderzenia, a artystka balansuje po bardzo cienkiej granicy między wokalną siłą i muzyczną niewyrazistością. Perfect Illusion brzmi jak zderzenie nowoczesności i muzyki z końca dwudziestego stulecia. Zderzenie, którego jestem ogromnym fanem. Wiele dobrego o płycie mówiła również, zaprezentowana kilka tygodni przed premierą albumu, dość skromna ballada Million Reasons. Jej fenomen tkwi przede wszystkim w znakomitym wokalu artystki, dzięki któremu piosenka na długo zapada w pamięci i porusza emocjonalne struny. Dobry, aczkolwiek trochę mniej przekonujący, trzeci singiel A-Yo brzmi jak nowoczesne country, przywołując momentami klimat rodem z dzikiego zachodu. Co Lady Gaga ukryła jednak przed nami do samej premiery swojego krążka? 

Nie powiedzieć, że Joanne to najdojrzalszy solowy album artystki to wielki grzech. To płyta prezentująca znacznie ciekawszą twarz Lady Gagi i gwarantująca pewne zaskoczenie, którego zabrakło przy zdecydowanie najsłabszym w dyskografii artystki, jej ostatnim albumie ARTPOP. Jednak Gaga nie odcina się całkowicie od swoich doświadczeń w muzyce dance i w bardzo ciekawy, a czasami wręcz kapitalny sposób, do nich nawiązuje. Album otwiera Diamond Heart, które jest właśnie takim ukłonem w stronę poprzednich krążków artystki, w którym od samego początku słychać jednak „coś nowego”. Podobnie jest z latynoskim Dancin in Circles. Choć piosenka pozostawia odczucie pewnego rozczarowania, a świetne zwrotki przeplatają się z przesadnie latynoskim refrenem, który w obliczu współczesnej popularności piosenek utrzymanych w podobnym klimacie, brzmi zbyt powszechnie, to da się wyczuć nutę kuszącej Lady Gagi. Majstersztykiem jest fenomenalna piosenka John Wayne, która przywodzi na myśl jedną z mniej znanych piosenek artystki Teeth (szczególnie w zwrotkach). To najlepszy i jednocześnie (niestety!) najkrótszy utwór, który zachwyca nie tylko muzyczną realizacją, ale również konkretnością i wyrazistością, których z takim nasileniem na Joanne raczej się nie spodziewałem. 


Druga połowa piosenek prezentuje się znacznie spokojniej. Tytułowe Joanne to gitarowa ballada z bardzo ciekawym refrenem i dość niejednoznacznymi, ale bardzo irytującymi zwrotkami. Odwrotnie jest w przypadku Sinner's Prayer. Piosenkę charakteryzuje intrygujący i tajemniczy początek, który przewijając się przez zwrotki, za każdym razem miażdżony jest przez ładny, ale przy tym bardzo mdły refren. W podobnym klimacie utrzymane jest Come to Mama, które brzmi w tym zestawieniu dużo ciekawiej. To przede wszystkim ponownie zasługa świetnego wokalu artystki, która wreszcie wokalnie mierzy się w duecie z samą Florence Welch. Ten duet to bezsprzecznie jeden z najciekawszych tegorocznych duetów, który stał się największą niewiadomą i ciekawostką Joanne. Hey Girl to świetnie wyprodukowana piosenka i jeszcze lepiej zaśpiewana, intrygująca przede wszystkim wyważonymi zwrotkami, w których obie artystki świetnie na siebie wokalnie oddziałują. Utwór pozostawia jednak nutę rozczarowania i choć dość jasny jest fakt, że bez Welch ta piosenka byłaby gorsza, to pojawia się pytanie, czy ten duet na Joanne faktycznie był konieczny. Album Lady Gagi zamyka podniosłe Angel Down, które jest spokojnym pożegnaniem z czwartym krążkiem artystki, która przeszła dość zaskakującą zmianę. Nie do końca wiadomo czy faktycznie na lepsze.

Nie pokuszę się o stwierdzenie, że Joanne jest najlepszym albumem w karierze Lady Gagi. Jest albumem najdojrzalszym. Może nawet najciekawszym, ale jako odbiorca ostatecznie nie jestem przekonany do tej muzycznej zmiany, którą zaserwowała nam Lady Gaga. W Joanne brakuje mi chyba tego ostatecznego konkretnego uderzenia (może z wyjątkiem fenomenalnego John Wayne). W prawie każdej piosence Gaga zbliża się do pewnego momentu i jakby na tym momencie poprzestaje, przez co na jej płytę wkrada się czasami dość nieznośna nijakość. I chyba ta nijakość jest największym zarzutem, który kieruję w stronę Joanne. Albumu dobrego, ale trochę niewykorzystanego. Za starą Lady Gagą jeszcze nie tęsknię. Nowa twarz artystki wciąż mnie bardzo ciekawi, mimo że jest to twarz muzycznie wciąż niedoskonała. Czekajmy na rozwój sytuacji. Kto wie, być może Lady Gaga kiedyś ponownie stanie się Mother Monster? Bo jak na razie Mother Monster raczej zniknęła, a zamiast niej pojawiła się niedoskonała artystka. Dużo dojrzalsza, ciekawsza i przede wszystkim prawdziwsza. 


Komentarze