Bo taniec może być czymś więcej – recenzja filmu „Tancerka” (2016)


Loie Fuller to artystka niesamowita, która wdarła się na paryskie salony porywającym połączeniem tańca, światła oraz innych czynników zewnętrznych, które z jej niby zwykłego poruszania charakterystycznym ubiorem, tworzyły niezapomniany performance. Niezapomnianym doświadczeniem wydaje się również poświęcony jej film Tancerka

Panna Fuller zaczynała w zasadzie od zera. Wychowywała się na amerykańskiej prowincji. W momencie śmierci swojego ojca alkoholika (scena śmierci to jedna z najładniejszych scen pośród tegorocznych filmów), została właściwie z niczym. Pozostały jej tylko marzenia o byciu wielką najpierw aktorką, a w końcu również artystką. Tancerka jest w pewnym sensie takim filmem o spełnianiu swoich marzeń i trochę wygórowanych postanowień. Bycie wielką w przypadku Marie-Louise Fuller to jedynie pewien przypadek i umiejętność wykorzystania tego przypadku na własną korzyść. Sztuka francuskiej artystki nie jest jednak ostatecznie w żadnym stopniu przypadkowa. To seria obliczeń, projektów stroju, szkiców i w końcu wielu godzin ćwiczeń. Bo niby jej sztuka wygląda jak najzwyczajniejszy taniec i gra świateł, a jednak to projekt niezwykle precyzyjny i zachwycający. 


W tym całym procesie artystycznym i tak najważniejsza jest sama Marie-Louise Fuller traktowana nie jako artystka, ale przede wszystkim jako kobieta bardzo zdeterminowana i poniekąd zagubiona w swoim dążeniu do perfekcji oraz ciągłego rozwoju. W przypadku biografii artystów nie brzmi to w żadnym stopniu nadzwyczajnie, jednak Fuller przedstawiona jest również jako kobieta, która w trakcie filmowej historii, zaangażowana jest w dwie bardzo magnetyzujące widza relacje. Intrygują dwa wątki niebezpiecznie balansujące pomiędzy pewnym zauroczeniem a trochę tajemniczą przyjaźnią, po której nie wiadomo właściwie, czego można się spodziewać. Obok relacji z hrabią, która w pierwszej części filmu wprowadza do niego wiele niejednoznaczności, w drugiej części jeszcze większe wrażenie robi niezwykle angażująca relacja Marie-Louise Fuller z młodą tancerką, która buduje się głównie na artystycznym pożądaniu. Artystyczne pożądanie ewoluuje w pewnym momencie w pożądanie na tle fizycznym, ale nigdy nie staje się pełnoprawną lesbijską relacją. Wątek kończy się dość gwałtowanie, a spotkanie dwóch tanecznych div jest wydarzeniem niezwykle emocjonującym, z którego korzyści – wbrew pozorom – wynoszą obie kobiety. 

Historia Marie-Louise Fuller nie byłaby tak atrakcyjna, gdyby nie warstwa wizualna filmu, ocierająca się niejednokrotnie o miano prawdziwej filmowej perły. Nie robiłyby takiego wrażenia ani wewnętrzne rozterki samej bohaterki, ani jej dwie tajemnicze relacje, ani jej własne dążenie do artystycznej perfekcji i doskonałości, pomimo świadomości, że nie jest zawodową tancerką. Odzwierciedlenie sztuki prezentowanej przez Marie-Louise Fuller to największy smaczek od twórców Tancerki. Każdy pojedynczy występ artystki to powalająca gra świateł, mieszanka dynamicznych ujęć i gwarancja mnóstwa emocji oraz artystycznych uniesień. W tańcu niesamowita jest również Soko, która przez cały film błyszczy na ekranie. 

Tancerka to film o kobiecie, która tak naprawdę tancerką nie była. Loie Fuller to przede wszystkim artystka, która właściwie z niczego zrobiła intrygującą sztukę, zachwycającą ludzi na całym świecie pomimo upływu lat. To jeden z tych zwykłych niezwykłych filmów, które oprócz tego, że mówią o sztuce, same w sobie są hipnotyzującym doświadczeniem artystycznym.








Za możliwość przedpremierowego seansu dziękuje dystrybutorowi

Komentarze