O młodości dla młodych – recenzja filmu „Wszystkie nieprzespane noce” (2016)


Marczak podzielił widzów na pół. O młodości w swoim filmie niezbyt filozofował, ale pokazał, że rządzi się ona własnymi prawami. Jedni go za to nienawidzą. Drudzy – wręcz przeciwnie – dostrzegają we Wszystkich nieprzespanych nocach coś więcej, niż tylko przerost formy nad treścią. 

Wszystkie nieprzespane noce to film o życiu, za którego właściwy synonim – przez pryzmat spojrzenia Marczaka oczywiście – można uznać również wieloletnią imprezę i beztroskę, w której pławią się główni bohaterowie. Beztroska wiąże się jednocześnie z problemem pewnego bezsensu, który niby kryje się pod ogromnym zbiorem barwnych piosenek, ciekawych estetycznie ujęć i różnorodnych ludzi, ale gdzieś przez prawie dwie godziny daje on o sobie znać, przez co obok wyjątkowych doznań wizualnych, pojawia się pytanie o życie samo w sobie. W związku z tym pytaniem, a jest to pytanie o pojęcie współczesnej, nowoczesnej młodości i moje własne miejsce w dość abstrakcyjnym pojęciu świata, Wszystkie nieprzespane noce uderzają swoją autentycznością. Dotykają. Przypominają „przeintelektualizowane rozkminy” z cięższego lub lżejszego poranka. I nie trzeba być modnym i imprezowym bohaterem filmu Marczaka, by w jego spojrzeniu na młodość się odnaleźć. Wystarczy być chociaż przez chwilę w swoim życiu młodym-zagubionym. 


Choć nigdy nie przeżyłem i pewnie nie przeżyję takiej imprezy na plaży pośród niezliczonej ilości hipsterów, w tle której unosić się będzie wakacyjny remix Caribou i choć nigdy, będąc studentem, nie będę mieszkał w nowocześnie urządzonym mieszkaniu w warszawskiej kamienicy z widokiem na Pałac Kultury i Nauki, to we Wszystkich nieprzespanych nocach ciężko nie odnaleźć samego siebie. I choć świat bohaterów jest mi zupełnie obcy, to problemy młodości są na tyle uniwersalne, że dotyczą zarówno głównego bohatera codziennych imprez, jak i takiego mnie, który zamiast spędzać wieczór na imprezie, siedzi teraz najprawdopodobniej sam w swoich czterech ścianach i popija gorącą herbatę. Wszystkie nieprzespane noce ostatecznie nie dają widzowi odpowiedzi na te rodzące się pytania, o których wspominałem wcześniej, ale tylko i wyłącznie dlatego, że tej odpowiedzi nie da się uzyskać. Pytania te wciąż jednak gdzieś nawracają i co jakiś czas kują, przez co z czasem kwestia odpowiedzi wydaje się zupełnie indywidualna (i chyba wciąż niestety niezbyt możliwa). 

Marczak stawiając na obraz współcześnie rozumianej młodości, postawił również na bardzo świeży sposób realizacji swojego filmu. Można mu zarzucać zbędną hipsteriadę i wizualną pretensjonalność, a także pewien przerost formy nad treścią, który dla niektórych może się objawiać chociażby w niedopracowanych dialogach, będących – na przykład dla mnie – największym fenomenem tego filmu. Te niby trochę niezgrabne rozmowy, w których nie brakuje wymuszonych „kurw” i „chujów”, urzekają swoją trafnością i prostotą ujętą w ich zawiłości. Są proste, bo są o życiu, a życie w nich zawarte nie do końca jest kolorowe.

Wszystkie nieprzespane noce wizualnie są takim prawie dwugodzinnym instagramowym filmem, który ktoś podkradł z profilu jakiegoś hipstera-artysty i wpuścił na ekrany polskich kin. Są przede wszystkim jednym z najlepszych filmów tego roku. I ten soundtrack. Potężne serducho do oceny.


Komentarze