Pogoń szczęścia za nieszczęściem – recenzja filmu „Światło między oceanami” (2016)


Twórca znakomicie przyjętego przed kilku laty Blue Valentine nie zbacza ze swojego melodramatycznego toru, serwując nam historię, w której szczęście przeplata się z nieszczęściem, powielając bardzo dobrze nam znany filmowy schemat. To tytułowe światło można wymiennie łączyć ze szczęściem i miłością oraz nieszczęściem i wielką tragedią, bo jego najnowszy projekt to film bardzo konkretnych kontrastów. 

Światło między oceanami to dość klasyczny melodramat. Są oni – mężczyzna i kobieta – a pomiędzy nimi dość ciekawe uczucie, które rodzi się od naiwnego pierwszego wejrzenia. Ich szczęście nie trwa długo. W wyniku utraty dziecka, kobieta nie potrafi sobie poradzić ze swoim niespełnieniem. Małżeńską tragedię przerywa tragedia innego człowieka – w łodzi u wybrzeży wyspy znajdują martwego mężczyznę z małym dzieckiem. Dziecko staje się dla nich tytułowym światłem między oceanami – nadzieją na wspólne rodzinne szczęście, które jeszcze nie tak dawno wydawało się dla nich niedostępne. Ich szczęście ponownie nie trwa długo, a podjęta przez nich decyzja odbije się na wielu innych osobach. W filmie Cianfrance'a szczęście i nieszczęście wciąż się przeplatają, a zmiany w samym tonie filmu nie są delikatne. Co więcej, można powiedzieć, że są niezwykle gwałtowne, przez co emocje niejednokrotnie dość solidnie uderzają w odbiorcę, a ten wciąż balansuje na cienkiej granicy przy emocjonalnym zagubieniu i zmęczeniu. I ta gwałtowność oraz rozdarcie pomiędzy euforycznym szczęściem i dołującym nieszczęściem, pomimo całego negatywnego wydźwięku, ostatecznie ratują jego najnowszy film przed totalnym zwolnieniem. Bo im bliżej końca, tym coraz dłużej i wolniej. 


Ubrany w piękne australijskie krajobrazy, Światło między oceanami to film o winie, poświęceniu i przede wszystkim ofierze. Zastanawiająca jest jednak postać ofiary. Bo choć chciałoby się powiedzieć, że ofiarami są niespełniona kobieta oraz biologiczna matka dziecka, to największą ofiarą tej całej życiowej przepychanki jest przede wszystkim dziecko. Ten uprzedmiotowiony momentami twór, który staje się obiektem sporu i traci wciąż nie tylko ważne dla siebie osoby, ale przede wszystkim traci bezpowrotnie wiele lat szczęśliwego dzieciństwa i jakże ważne dla młodego człowieka wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa. I w końcu, o ile w pierwszej części emocjonalnie poraża tragedia związana z utratą dziecka, o tyle w końcówce filmu obie kobiety spychane są na drugi plan przez niewinną dziewczynkę, która nie potrafi odnaleźć się w momentalnie zmieniającej się dla niej rzeczywistości. 

Ciężko oderwać wzrok od znakomitej (ponownie!) Alicii Vikander. W granej przez nią Isabel można dostrzec jednocześnie kilka zupełnie innych od siebie kobiet. Isabel to nie tylko kobieta niespełniona czy kobieta mająca traumę po utracie dziecka. To również niezwykle rozpromieniona dziewczyna pełna młodzieńczego wdzięku, kochająca żona i matka czy – znowu trochę bardziej negatywnie – prawdziwa fanatyczka. Zupełnie inaczej prezentuje się partnerujący jej Michael Fassbender, który ze swoim spokojem pozostaje trochę w tle Vikander.


Światło między oceanami jest trochę rozczarowujące. Pomimo całej emocjonalności, nie uderza w widza tak mocno, jak uderzyć powinien. Ale to wciąż bardzo ładny melodramat, który nie pretenduje ani przez moment do bycia czymś więcej niż normalnym ładnym melodramatem. No i świetna Vikander. Ponownie, warto nawet tylko dla niej. 

Ps. SPOJLER! Razi bardzo łopatologiczne zakończenie filmu. Wyobraźcie sobie, że na ekranie pod koniec filmu pojawia się właśnie to tytułowe słońce, które dzieli ocean na dwa osobne. W obliczu tej sceny nawet niezwykle ckliwe przeniesienie się w przyszłość i spojrzenie na bohaterów z perspektywy lat nie wydaje się tak bardzo tanie (nawet jeżeli podobne zakończenie było w książce, nie zawsze to co na papierze, sprawdza się również w samym filmie).

Komentarze