Mistrz o mistrzu – recenzja filmu „Powidoki” (2016)


Piątek trzynastego. Premiera Powidoków wypadła w dość niefortunny dzień. Czy pechowy? To zależy od punktu widzenia. Powidoki ogląda się jako ostatni film Andrzeja Wajdy i przez prawie dwie godziny ciężko o tym zapomnieć. Dzięki temu zapomina się poniekąd, że to ten niezwykle rozczarowujący polski kandydat do Oscara.

Powidoki to dramat biograficzny, w którym Wajda przybliża nam postać Władysława Strzemińskiego. Artysty awangardowego, który był nie tylko rewolucjonistą w dziedzinie sztuki, ale dążył przede wszystkim do rewolucji w polityce. Wajda skupia się szczególnie na okresie powojennym, kiedy górą w Polsce jest Związek Radziecki i Stalin, a ponadczasowa sztuka Strzemińskiego musi konkurować z socrealizmem. Socrealizm równa się tutaj ustrojowi komunistycznemu, który toczy walkę ze Strzemińskim i wyzbywa go wszystkiego – również życia i sztuki. W filmie Wajdy nie brakuje miejsca na wątek dotyczący relacji artysty z jego córką. Dość istotny wydaje się również stosunek do swojej byłej partnerki, z którą teraz łączy go tylko i wyłącznie sztuka. To również film o sztuce samej w sobie, jednak Powidoki Wajdy skupiają się głównie na walce z ideologią, która bezwzględnie niszczy artyzm i ta bezwzględność jest ukazana w sposób bardzo konkretny. Brakuje jednak w tej historii miejsca na lekki oddech. Powidoki wręcz zmuszają do stania na baczność i bycia w ciągłej gotowości do salutowania przed filmowym pomnikiem. 


Ostatni film Wajdy ogląda się bardzo ciężko. Brakuje mu świeżości, której nie wprowadzają nawet młode twarze na ekranie, towarzyszące Bogusławowi Lindzie. Zbędną patetyczność potęguje podniosła muzyka oraz specyficzny montaż, który dzieli film na poszczególne części. W tej powadze trudno się odnaleźć, ale historia Strzemińskiego jest na tyle intrygująca, że widz pomimo trudności i ciężkości, trzyma się życia artysty, nie zważając na wszystko, co potencjalnie mogłoby go irytować. Raczej nie chce, ale wciąż stoi na baczność, bo podziwia Strzemińskiego może niekoniecznie jako człowieka, ale przede wszystkim jako artystę. Jako artysta, Strzemiński zaprezentowany jest od najlepszej strony, a w Powidokach ciężko nie dostrzec zachwycających dzieł i wyjątkowych przestrzeni z jego pracami.


Wcześniej wspomniany Bogusław Linda, wcielający się we Władysława Strzemińskiego, nie zaprzepaszcza charakterystyczności postaci artysty i spośród aktorów jest najbardziej charyzmatyczny na ekranie. Nie udaje mu się odciąć od siebie łatki gangstera, którą – co najmniej w moich oczach – prezentuje nie tylko w swoich rolach, ale również w samych rozmowach z dziennikarzami (mówcie co chcecie, ale wywiad, który krąży po internecie jest niezbyt reprezentatywny). Na drugim planie brakuje jakiejkolwiek charyzmatycznej aktorskiej duszyczki. Filmowa córka Strzemińskiego, w którą wciela się Bronisława Zamachowska, to pojawiająca się i momentalnie znikająca z ekranu zmora Powidoków, która beznamiętnie recytuje tekst, będąc jednym z najsłabszych dziecięcych czy młodzieżowych występów aktorskich. Zofia Wichłacz nie zdobywa zbytniej uwagi widza, choć jej roli nie można nazwać słabą. Nieśmiały wątek miłosny z jej udziałem, choć nie spuszcza z tonu, to pozwala na moment odpocząć od socjalizmu zabijającego sztukę Strzemińskiego. Za to Dorota Kolak – w jednej scenie i ponownie niezwykle magnetyczna! 

Pozostaje pewien oscarowy niesmak. Ciężko o nim nie wspomnieć. Pewnie się powtórzę, ale czy naprawdę w ubiegłym roku nie było w Polsce lepszego filmu, który mógłby walczyć o przychylność Akademii? Bardziej uniwersalnego, który nie byłby tak silnie zakorzeniony tym, co było w Polsce i co bardziej angażuje i rusza właśnie Polaków? Powidokom bliżej do Wałęsy. Człowieka z nadziei – od którego tak na marginesie są filmem lepszym i bardziej klimatycznym – niż do najlepszych dzieł Wajdy, spośród których jeszcze wiele przede mną. Ale to ostatni film wielkiego polskiego mistrza. Może nie do końca udany, ale jednak ostatni. Takie filmy zawsze ogląda się inaczej.


Komentarze