Powrót dojrzałej młodości – recenzja albumu „I See You” The xx


Nowy rok przywitał nas bardzo głośnym i ważnym muzycznym powrotem. Po prawie pięciu latach od premiery krążka Coexist, swój trzeci album wydało brytyjskie trio The xx. I See You to nieidealne, ale bardzo ciekawe muzyczne rozpoczęcie roku.

Nieidealna, bo już przy pierwszym kontakcie z trzecim albumem zespołu, mocno boli dziesięć piosenek zawartych na wersji podstawowej, które dają nieco ponad pół godziny muzycznej przyjemności z The xx, po prawie pięciu latach oczekiwania na tę przyjemność. Dodajmy nacisk na słowa „po pięciu latach”. Długo kazali na siebie czekać i w zasadzie materialnie niewiele nowego od siebie dali, ale czasem mniej znaczy więcej. W przypadku I See You mamy raczej do czynienia z tym przysłowiowym „więcej”, chociaż powrót The xx nie zwala z nóg. Zaciekawił mnie natomiast kierunek, jaki zasugerowali singlem On Hold, promującym trzeci album zespołu, który ostatecznie stał się jednorazową muzyczna próbą. Piosenka w zasadzie niewiele ma w sobie ze stylu, do którego przyzwyczaili nas Brytyjczycy, znani z trochę bardziej kameralnych i „nieradiowych” brzmień. On Hold jest natomiast bardzo radiowe i nie ma w tym epitecie niczego negatywnego. Powiedziałbym, że to dość istotny komplement. To szansa dla duetu, by przebić się do szerszego grona odbiorców i z tego, co udało mi się dotychczas zaobserwować, całkiem im się to udało.


Na szczęście, singiel promujący trzeci album The xx nie jest najlepszym, co ich spotkało. Otwierające krążek Dangerous to potężne elektroniczne uderzenie, które porywa w nieco ponad czterominutowy, puszczając oczko w stronę tytułu, niebezpieczny muzyczny trans (aż strach myśleć jak ta piosenka brzmi bez wokalu!). Jeszcze lepsze i w zasadzie najlepsze na całym albumie Lips to lekko ocierająca się o latynoskie rytmy, pulsująca bomba, w której słychać fenomen o pseudonimie artystycznym Jamie xx (uwierzcie, ta piosenka jest lepsza od wszystkiego z jego In Colour, a myślałem, że Obvs już nic nigdy nie pobije). Kierując się w trochę spokojniejsze rejony, najbardziej zapadają w pamięci Replica i Performance, spośród których muzycznie lepsze wrażenie robi ta pierwsza. Zamykające I See You, bardzo ciekawe Test Me jest przede wszystkim pokazem zabawy muzyką i jej klimatem. W całokształcie nawet lepiej brzmi Say Something Loving, do którego podszedłem początkowo dość sceptycznie, mając w pamięci znakomity pierwszy singiel On Hold. Jest lekkim przerywnikiem pomiędzy dwoma petardami – Dangerous i Lips

The xx nie ustrzegli się od małych wpadek. Dość charakterystyczne I Dare You brzmi w refrenach dość nijako, przez co wyjątkowo irytuje. W Brave For You zabrakło jakby trochę pomysłu, chociaż pod względem muzycznym piosenka brzmi znakomicie (Jamie xx!). Ciężko wspomina się A Violent Noise, które zestawione z dwoma innymi balladami, powoduje, że I See You jako album całkiem sprawnie zrealizowany, na moment się zatrzymuje i tego przystanku ciężko nie odczuć. Mimo wszystko powrót The xx jest powrotem, którego nie można nie docenić. Po pięciu latach zespół wrócił dojrzalszy (toż to chyba żadne odkrycie) i przede wszystkim bogatszy. Bo choć The xx to wciąż skromne trio młodych artystów, to ich bogactwo polega na muzycznej barwności, którą oferują nam na swoim I See You. To zdecydowanie ich najbardziej kolorowy album. Ciekawszy od wcześniejszych. Mimo że nieidealny i niepozbawiony małych niedociągnięć, kierujący się w stronę inności, która staje się małym znakiem zapytania dotyczącym następnego razu z zespołem, bo obok małego rozczarowania, jestem bardziej podekscytowany tym, co zaserwują nam The xx na ich następnym albumie. Mam nadzieję, że na czwarty krążek nie będą nam kazali czekać aż tak długo. Pięć lat? Toż to wieczność.

Komentarze