Eksperymentowanie z duchami – recenzja filmu „Personal Shopper” (2016)


Olivier Assayas i jego Personal Shopper namieszali w ubiegłym roku w Cannes. Krytycy jednocześnie gwizdali z rozczarowania i piali z zachwytu, a sam reżyser – choć nikt się tego nie spodziewał – ostatecznie wrócił z Festiwalu ze Złotą Palmą za reżyserię. Francuz zanurza się w nieznany nam świat duchów i wrzuca w niego młodą dziewczynę o (prześlicznej!) twarzy Kristen Stewart, która próbuje nawiązać kontakt ze zmarłym bratem.

Zastanawiam się wciąż, co można uznać za główną przyczynę tak różnego odbioru Personal Shopper. Być może chodzi o niespójność gatunkową i stylistyczną filmu, chociaż w przypadku tego konkretnego tytułu nie rozważałbym tej niespójności w jakichkolwiek negatywnych aspektach. Assayas kreuje na ekranie thriller psychologiczny, w którym bardzo osobisty dramat głównej bohaterki miesza się z jej metafizycznymi zdolnościami i przekonaniami, by później dołączyć do tego jeszcze bałagan, jaki tworzy się w jej głowie, gdy pojawia się na horyzoncie tajemniczy prześladowca. Z intymnego dramatu, przenosimy się na ekran telefonu komórkowego. To tam głównie rozgrywa się emocjonująca potyczka między bohaterką a nieznajomym. Reżyser dorzuca do tego filmu jeszcze morderstwo i grozę rodem z najbardziej klasycznych horrorów (Assayas na szczęście nie stawia w tym przypadku na gwałtowne dźwięki, które mają widza przestraszyć, a niesamowity klimat kreowany najprostszymi środkami), a wcześniej wspomniane wątki przeplata między sobą, nie skupiając się na jednym konkretnym gatunku w danym momencie historii. W Personal Shopper jednak ta niespójność nie pozostaje zwykłą niespójnością, a każdy z gatunków bardzo sprawnie uzupełnia się nawzajem. Metafizyczne poszukiwania swojego zmarłego brata przez główną bohaterkę świetnie przenoszą nas w jej intymne przeżycia, które ewoluują pod wpływem rozmowy z nieznajomym. I myślę, że w przypadku tego filmu warto się skupić przede wszystkim na emocjach tytułowej personal shopper, bo tutaj niekoniecznie liczy się thriller (choć wymiana wiadomości naprawdę buduje napięcie, które mocno trzyma widza przy historii i nie puszcza), a przede wszystkim dramat psychologiczny. Dramat głównej bohaterki. 


Napięcie w Personal Shopper jednak nie osiąga zenitu, a tajemniczego nieznajomego potrafimy rozszyfrować w zasadzie od samego początku jego pojawienia się. Jednak ponownie – nie o rozszyfrowanie w tym filmie chodzi. Zakończenie trochę mnie wybiło z mojego toku myślenia, a Assayas zrobił prawie to samo, co Denis Villeneuve zrobił we Wrogu, tyle że Francuz nie odważył się aż na taki odważny krok i pozostał w pewnym stopniu w kręgu racjonalnego poznania dla widza. Nie uniknął jednak efektu wytrącenia. Pomijam w tym momencie fakt, że zakończenie jest fenomenalnie zagrane przez Kristen Stewart, bo o niej dużo więcej za chwile. Przede wszystkim zaciera ono pewną granicę pomiędzy tym, co nazywamy życiem, a szeroko rozumianą metafizycznością. Wprowadza widza w rozdarcie i może on nie tylko kwestionować istnienie medium i świata metafizycznego, ale – wręcz przeciwnie – traktować niektóre sceny jako jego integralną część, a już w szczególności samo zakończenie. 

Papierowa Kristen Stewart przestaje być papierowa i staje się twarzą Personal Shopper. Nijaka rola Belli z sagi Zmierzch ciągnie się za tą aktorką już od kilku lat i przez kilka następnych najprawdopodobniej się to nie zmieni, ale warto podkreślić, że zmienia się sama Stewart. Szuka przede wszystkim nowych, ciekawszych projektów i przyznam szczerze, że wolę ją oglądać w kinie offowym (choć nie do końca jestem przekonany, żeby można by o takowym mówić w przypadku Personal Shopper, ale wystarczy przypomnieć sobie jej rolę w Camp X-Ray) niż w głośnych filmach. U Assayasa jej rola sprawia wrażenie dość introwertycznej, ale nie brakuje wyeksponowania nieśmiałych emocji. Nie szarżuje i w swojej tajemniczości oraz zagubieniu jest niezwykle konsekwentna. Nie jest to też rola oszałamiająca. Czasami może zbyt surowa, ale bez wątpienia bardzo ciekawa i jeżeli ktokolwiek waha się nad obejrzeniem Personal Shopper, warto go zobaczyć chociażby dla Stewart. 

Spodziewać się mogłem w zasadzie wszystkiego, a ostatecznie otrzymałem naprawdę sprawnie prowadzoną historię, osadzoną jednocześnie w kilku stylistykach. Udało się w tym filmie to, co niekoniecznie udało się Agnieszce Holland w Pokocie. Tam też było dużo gatunkowych eksperymentów, ale jednocześnie i tak film zamykał się w pewnym hermetycznym sposobie opowieści – niekoniecznie świeżym. Tutaj w skutkach eksperymentowania i tego ciągłego „skakania” otrzymujemy cenną niejednoznaczność i ostateczne pociągnięcie widza za sobą. Postawienie go przed czymś, co wydaje się nieskończone. Nieidealny film, ale bardzo zaskakujący.

Komentarze